Widziałem kiedyś, jak w ostatnich godzinach życia człowieka zdjęto krzyż z jego otoczenia, jakby przeszkadzał. Nie było awantury, tylko cichy gest i cisza. A jednak to zostaje w głowie, bo są gesty, które mówią więcej niż słowa.
Odchodzenie od takich rzeczy bywa dziś spokojne i pozornie niewinne. Jak krok w tył, potem kolejny. Aż w pewnej chwili człowiek orientuje się, że odsunięto go od własnego źródła. I dopiero wtedy widać, jak wiele znaczą znaki, które próbuje się unieważnić.
Krzyż dla wielu jest tylko znakiem. Dla człowieka wierzącego bywa czymś więcej: pamięcią i obietnicą, raną i lekarstwem. Jest jak słowo wypowiadane w nocy, kiedy nie ma już siły na długie modlitwy. Jest jak dłoń położona na ramieniu, gdy wszystko się sypie. To nie jest rekwizyt. To jest sens, który nie krzyczy, ale trwa.
A jednak żyjemy w czasie, w którym odchodzenie od krzyża potrafi przybrać formę pozornie niewinną. Krok po kroku. Gest po geście. Najpierw mówi się: to tylko symbol, nie przesadzaj. Potem: nie mieszaj tego do życia. Potem: schowaj, nie pokazuj. Aż w końcu człowiek ma wrażenie, że oddala się w nieskończoność, jakby był odrywany od własnego środka. Jakby ktoś mu cierpliwie tłumaczył, że nadzieja ma być cicha, niewidoczna, najlepiej prywatna do granic nieobecności.
I wtedy przychodzi śmierć. Ten moment, w którym wszystko zostaje postawione na ostrzu prawdy. Nagle okazuje się, co było dla człowieka ważne, do czego wracał myślą, co go podtrzymywało. I właśnie wtedy, w tej najbardziej kruchej godzinie, w tej godzinie, która powinna należeć do ciszy i modlitwy, zdarza się coś, co boli jak policzek: krzyż zostaje zabrany. Albo ukryty. Albo odsunięty tak, żeby go nie było widać. Jakby nawet przy nazwisku nie wolno było postawić znaku nadziei. Jakby w ostatnim akcie życia można było człowieka ogołocić z tego, co było jego światłem.
To nie jest drobiazg. To nie jest kwestia gustu ani „porządku”. To dotyka godności. Bo jeśli ktoś całe życie trzymał się krzyża, to odebranie mu tego znaku przy śmierci jest jak odebranie głosu w chwili, gdy nie może już mówić. To jest przemoc w białych rękawiczkach. Cicha, urzędowa, czasem nawet usprawiedliwiona dobrymi słowami. A przecież w niej nie ma dobra. Jest strach przed tym, że krzyż coś znaczy. Że przypomina o Kimś większym. Że stawia pytanie, którego nie da się rozbroić żartem ani procedurą.
Krzyż mówi: człowiek nie jest tylko sumą dni. Krzyż mówi: cierpienie nie jest ostatnim słowem. Krzyż mówi: miłość może przejść przez śmierć. Dlatego tak drażni. Bo nie daje się zamknąć w ramce neutralności. Nie jest „jednym z poglądów”. Jest znakiem sprzeciwu wobec rozpaczy. I nie da się udawać, że to nic, kiedy człowiek odchodzi.
Można się spierać o wiele spraw. Ale nie powinno się spierać o to, czy wolno zabrać zmarłemu jego nadzieję. Czy wolno rodzinie odmówić znaku, który dla nich oznacza modlitwę, pamięć, wiarę w spotkanie. W tej godzinie nie powinno się niczego wyrywać. W tej godzinie powinno się raczej chronić. Jak świecę na wietrze.
Czasem mam wrażenie, że komuś bardzo zależy, by krzyż zniknął nie tylko z przestrzeni, ale i z wyobraźni. Jakby był niebezpieczny. Jakby trzeba było go zabrać, żeby człowiek nie miał do czego wracać, gdy wszystko inne pęka. Tyle że krzyż nie jest własnością instytucji, urzędu, mody ani większości. Krzyż jest przy człowieku, kiedy nikt już nie umie być przy nim. Jest przy łóżku szpitalnym, przy trumnie, przy łzach, których nie da się wytłumaczyć. Jest w tej cichej modlitwie, która nie potrzebuje oklasków.
Dlatego mówię to z oburzeniem, ale bez pogardy: nie macie prawa zabierać krzyża. Nie macie prawa zabierać go żywym pod pretekstem nowoczesności. Nie macie prawa zabierać go umarłym pod pretekstem spokoju. Bo krzyż nie jest agresją. Agresją jest odebranie człowiekowi tego, co było jego domem duchowym, zwłaszcza wtedy, gdy sam już nie może go bronić. Nie walczę o to, by krzyż był wszędzie. Walczę o to, by nie był zabierany tam, gdzie jest czyjś.
Jeśli ktoś całe życie szedł za Chrystusem, nawet chwiejnie, nawet wątpiąc, nawet z przerwami, to w śmierci powinien mieć prawo do znaku, który mówi: nie idziesz w nicość. Idziesz ku Temu, który przeszedł tę drogę pierwszy. A jeśli ktoś tylko ocierał się o wiarę, a mimo to krzyż był dla niego ważny, to tym bardziej trzeba go uszanować. Bo może właśnie w tym znaku ukrywała się jego ostatnia, nieśmiała nadzieja.
Krzyż jest skromny. A jednak potrafi trzymać cały ciężar ludzkiego losu. Niech więc będzie tam, gdzie trzeba: przy imieniu, przy pamięci, przy pożegnaniu. Niech nie będzie wymazywany. Bo człowieka można okraść z wielu rzeczy, nawet z dobrego słowa. Ale okraść go z nadziei w chwili śmierci to już nie błąd. To rana zadana wspólnocie. To znak, że ktoś nie rozumie, czym jest człowiek.
I może właśnie dlatego tak porusza, gdy u kresu życia próbuje się ten znak odsunąć, jakby nie miał prawa być przy człowieku do końca. Jakby w ostatniej chwili można było przestawić akcenty, wyciszyć to, co było jego nadzieją, i zostawić tylko pustą formę. A przecież krzyż nie jest dekoracją ani gestem dla innych. Jest znakiem przynależności i pamięci. Znakiem, że człowiek nie jest tylko „kimś, kto zmarł”, ale kimś, kto żył w świetle obietnicy, nawet jeśli niósł ją krucho, po swojemu, czasem w milczeniu.
/-/ + Robert Matysiak NCC