blog myśli

... odsłon

To nie jest kryzys

Zima nie jest metaforą. Jest faktem. Mróz nie pyta o definicje, intencje ani wrażliwość językową. Tej zimy w Polsce zamarzli ludzie. Nie „przypadki”. Nie „jednostki”. Ludzie z imionami, historią i ciałem, które przestało wytrzymywać noc.

Coraz częściej mówi się o „osobach w kryzysie bezdomności”. Brzmi to łagodnie. Znośnie. Tak, jakby chodziło o coś przejściowego, chwilowego, do opanowania. Kryzys sugeruje, że jest przed i po. Że nastąpi moment wyjścia. Że to stan wyjątkowy, a nie codzienność.

Problem polega na tym, że dla wielu osób bezdomność nie jest kryzysem. Jest stanem trwałym. Trwa latami. Czasem do śmierci. Bez realnej perspektywy powrotu do życia, które nazywamy „normalnym”. Bez dostępu do pracy, relacji, leczenia, dokumentów, a często także bez wiary, że cokolwiek jeszcze może się zmienić.

Nazwanie tego kryzysem jest więc nie tyle błędem, co ucieczką. Język zaczyna pełnić funkcję osłony. Pozwala nam myśleć, że to tylko chwilowe. Że system jakoś działa. Że ktoś nad tym panuje. A skoro to kryzys, to przecież minie.

Teologicznie to jest bardzo niebezpieczne. Bo jeśli człowiek leżący na mrozie jest „w kryzysie”, to znaczy, że jego sytuacja nie jest jeszcze skandalem. Nie jest oskarżeniem. Nie domaga się natychmiastowej odpowiedzi. Tymczasem w perspektywie chrześcijańskiej to właśnie tam, na ulicy, leży Chrystus. Nie symbolicznie. Dosłownie. Głodny, nagi, opuszczony.

Filozoficznie też oszukujemy samych siebie. Kryzys to moment pęknięcia w stabilnym porządku. Bezdomność pokazuje coś innego. Ona ujawnia, że ten porządek od dawna nie działa dla wszystkich. Że pełne uczestnictwo w społeczeństwie jest przywilejem, a nie prawem. Że są ludzie, którzy wypadli poza horyzont naszej wyobraźni.

Jeśli gdziekolwiek jest tu kryzys, to w naszym myśleniu. W naszej zgodzie na to, że człowiek może umrzeć z zimna kilkaset metrów od ogrzewanych mieszkań i rozświetlonych kawiarni. W naszej zgodzie na język, który nie opisuje rzeczywistości, ale ją uniewinnia.

Mówienie o „kryzysie bezdomności” pozwala nam współczuć bez konsekwencji. Wzruszyć się, ale nie zmienić niczego. Uspokoić sumienie. A przecież ci ludzie nie potrzebują naszej ulgi. Potrzebują miejsca, relacji i realnej drogi powrotu do godności.

To nie jest kryzys. To jest nasza klęska. I dopóki będziemy nazywać ją łagodnie, dopóty będziemy bezpiecznie ukryci za słowami, a ludzie dalej będą umierać na ulicach, w ciszy, z zimna.

/-/ + Robert Matysiak NCC