Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon

Dlaczego nie oddam głosu

🎧
Posłuchaj tego tekstu
czyta: bp Robert NCC

Gdy milknie zaufanie

Są w życiu człowieka takie chwile, w których największym ciężarem nie staje się gniew. Nie jest nim nawet rozczarowanie. Najboleśniejszy okazuje się moment, w którym cicho odchodzi zaufanie.

Nie dzieje się to nagle. Zaufanie nie umiera jednego dnia. Odsuwa się powoli. Najpierw rodzą się pytania, później wątpliwości, następnie milczenie. W końcu człowiek zaczyna patrzeć na słowa z ostrożnością, ponieważ zbyt wiele razy przekonał się, że pomiędzy tym, co obiecywano, a tym, co później uczyniono, powstała przepaść.

Od wielu lat z uwagą obserwuję życie publiczne naszej Ojczyzny. Nie czynię tego jako polityk ani komentator sceny politycznej. Patrzę na nie jako chrześcijanin, obywatel i człowiek, który wierzy, że życie społeczne również podlega ocenie moralnej. Władza nie istnieje bowiem poza sumieniem. Człowiek nie przestaje odpowiadać przed Bogiem tylko dlatego, że objął urząd, zdobył większość parlamentarną albo otrzymał mandat do sprawowania funkcji publicznej. Przeciwnie. Im większą odpowiedzialność otrzymuje, tym większa staje się odpowiedzialność jego sumienia.

Chrześcijaństwo od początku głosiło prawdę, która dla świata polityki pozostaje niezwykle wymagająca. Władza nie jest nagrodą. Nie jest trofeum zdobytym w wyborczej walce. Nie jest także własnością tego, kto na pewien czas otrzymał możliwość jej sprawowania. Każda forma władzy jest służbą. Tylko służbą.

Chrystus nie powiedział swoim uczniom, aby panowali nad innymi. Powiedział coś znacznie trudniejszego. Kto chce być pierwszym, niech stanie się sługą wszystkich.

To zdanie nie utraciło swojej aktualności.

Obowiązuje biskupa.

Obowiązuje nauczyciela.

Obowiązuje rodzica.

Obowiązuje również każdego polityka.

W demokracji źródłem każdej legalnej władzy pozostaje obywatel. To nie polityk daje obywatelowi państwo. To obywatele powierzają politykowi odpowiedzialność za wspólne dobro. Nie jest to akt poddaństwa. Jest to akt zaufania. Różnica pomiędzy jednym a drugim jest ogromna.

Zbyt często odnoszę jednak wrażenie, że ta podstawowa prawda zostaje odwrócona. W czasie kampanii wyborczych politycy zwracają się do obywateli z pokorą. Proszą o głos. Zapewniają o uczciwości, odpowiedzialności i gotowości do służby. Mówią językiem wspólnoty. Mówią o dialogu. Mówią o szacunku. Przekonują, że będą reprezentować tych, którzy obdarzą ich zaufaniem.

Po zakończeniu wyborów bardzo często ten język cichnie.

Pojawia się inny.

Język władzy.

Język politycznego marketingu.

Język usprawiedliwiania decyzji, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej miały nigdy nie zostać podjęte.

Właśnie wtedy rodzi się największy kryzys współczesnej demokracji.

Nie dlatego, że ludzie różnią się poglądami.

Nie dlatego, że partie polityczne prowadzą spory.

Spór jest czymś naturalnym.

Demokracja nie boi się różnicy zdań.

Demokracja umiera dopiero wtedy, gdy przestaje liczyć się prawda wypowiadanego słowa.

Publiczna obietnica nie jest sloganem wyborczym. Nie jest narzędziem kampanii. Jest moralnym zobowiązaniem wobec człowieka, który uwierzył i zaufał. W świecie chrześcijańskich wartości słowo ma swoją wartość. Człowiek wierzący nie może uznawać, że obietnice złożone przed wyborami przestają obowiązywać dzień po ogłoszeniu wyników. Sumienie nie zna kalendarza wyborczego. Nie zmienia swoich zasad wraz z kolejną kadencją.

Dlatego coraz częściej zadaję sobie pytanie nie o politykę, lecz o człowieka.

Co dzieje się w sercu człowieka, który po otrzymaniu mandatu zaczyna wierzyć, że nie odpowiada już przed tymi, którzy mu zaufali?

Co dzieje się w sumieniu człowieka, który uznaje, że zdobyta władza daje mu prawo do zapomnienia o własnym słowie?

Co dzieje się z narodem, który coraz częściej słyszy obietnice, lecz coraz rzadziej widzi odpowiedzialność za ich wypełnienie?

Nie wierzę, że największym problemem współczesnej polityki jest brak kompetencji.

Nie wierzę również, że największym problemem są różnice ideowe.

Największym problemem jest kryzys wiarygodności.

Tam, gdzie przestaje istnieć wiarygodność, tam umiera zaufanie.

A tam, gdzie umiera zaufanie, demokracja pozostaje już tylko procedurą.

Właśnie dlatego z coraz większym niepokojem obserwuję sposób, w jaki zaczyna rozumieć się dzisiaj samo pojęcie mandatu społecznego. Odnoszę wrażenie, że w świadomości części klasy politycznej nastąpiło bardzo niebezpieczne odwrócenie porządku, na którym opiera się demokracja. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że to nie polityk czuje się odpowiedzialny przed obywatelem, lecz obywatel ma obowiązek podporządkować się politykowi tylko dlatego, że ten wygrał wybory. Tymczasem demokracja nigdy nie została zbudowana na takiej zasadzie.

Obywatel nie jest podwładnym polityka.

Nie jest petentem stojącym przed drzwiami urzędu.

Nie jest również przeszkodą, którą należy przekonać jedynie na czas kampanii wyborczej.

To obywatel pozostaje źródłem mandatu. To on na określony czas powierza wykonywanie konkretnej pracy człowiekowi, który zobowiązuje się reprezentować jego interes, działać dla dobra wspólnego oraz dochować wierności złożonym publicznie deklaracjom. Polityk nie otrzymuje państwa na własność. Nie staje się właścicielem urzędu. Otrzymuje jedynie odpowiedzialność, która w każdej demokracji ma charakter służebny. Im większy zakres powierzonych kompetencji, tym większa odpowiedzialność wobec tych, którzy tego mandatu udzielili.

Zdumiewa mnie więc zjawisko, które z roku na rok staje się coraz bardziej widoczne. W okresie poprzedzającym wybory obywatel przedstawiany jest jako najważniejszy uczestnik życia publicznego. Każdy głos ma znaczenie. Każda opinia jest wysłuchiwana. Każdy problem staje się nagle niezwykle istotny. Jednak bardzo często już kilka tygodni po wyborach ten sam obywatel odnosi wrażenie, że jego rola dobiegła końca. Głos oddany do urny przestaje być traktowany jako początek odpowiedzialności polityka, a staje się końcem zainteresowania człowiekiem, który tego zaufania udzielił.

To właśnie tutaj rodzi się jedno z największych pęknięć współczesnej demokracji.

Mandat społeczny nie jest bowiem nagrodą za skutecznie przeprowadzoną kampanię. Jest zobowiązaniem moralnym. Obejmuje nie tylko przestrzeganie prawa, ale również uczciwość wobec własnego słowa. Człowiek może popełnić błąd. Może stanąć wobec okoliczności, których wcześniej nie przewidział. Może być zmuszony do zmiany sposobu działania. Nie ma jednak moralnego prawa świadomie składać obietnic, których od początku nie zamierza dotrzymać. Taka postawa nie jest jedynie błędem politycznym. Jest naruszeniem elementarnego zaufania, na którym opiera się każda wspólnota.

Dlatego z coraz większym zdziwieniem słucham powtarzanego niemal przy każdej kampanii hasła, że obowiązkiem obywatela jest przede wszystkim pójście do urn wyborczych. Owszem, udział w wyborach jest jednym z najważniejszych praw demokratycznego państwa. Nie wolno jednak zapominać o drugiej stronie tej samej zasady. Demokracja nie polega na przymusie udzielania zaufania. Demokracja polega na wolności. Jeżeli obywatel dochodzi po uczciwym namyśle do przekonania, że żadna z przedstawionych mu propozycji nie zasługuje na jego zaufanie, ma pełne prawo odmówić jego udzielenia. Taka decyzja nie musi oznaczać obojętności wobec losów państwa. W pewnych okolicznościach może być właśnie najwyższą formą odpowiedzialności za dobro wspólne.

Nie potrafię zgodzić się z przekonaniem, że oddanie głosu za wszelką cenę jest zawsze postawą bardziej odpowiedzialną niż świadoma odmowa jego oddania. Zaufanie nie jest obowiązkiem. Zaufanie jest darem. A daru nie można wymuszać moralnym naciskiem ani społeczną presją. Człowiek ma prawo powiedzieć: nie mogę powierzyć odpowiedzialności temu, komu nie wierzę. Nie dlatego, że odwracam się od Ojczyzny. Właśnie dlatego, że traktuję ją zbyt poważnie, aby swoje zaufanie rozdawać wbrew własnemu sumieniu.

Chrześcijaństwo od zawsze przypominało, że sumienie nie jest przeszkodą dla wolności. Jest jej strażnikiem. Państwo może zachęcać obywatela do udziału w życiu publicznym. Nie może jednak oczekiwać, że człowiek będzie udzielał zaufania wyłącznie dlatego, iż wymaga tego polityczny zwyczaj. Tam, gdzie sumienie zostaje zmuszone do działania wbrew prawdzie rozpoznanej przez człowieka, kończy się odpowiedzialność, a zaczyna się jedynie wykonywanie oczekiwań innych.

Być może właśnie dlatego coraz więcej ludzi nie odwraca się od demokracji. Odwraca się od sposobu jej praktykowania. Nie odrzuca idei państwa obywatelskiego. Odrzuca model życia publicznego, w którym wyborca potrzebny jest jedynie do dnia wyborów, a później przez kolejne lata oczekuje się od niego przede wszystkim cierpliwości, milczenia i akceptacji decyzji podejmowanych ponad jego głową.

To właśnie w tym miejscu rodzi się pytanie, którego nie wolno przemilczeć. Gdzie przebiega granica pomiędzy odpowiedzialnością państwa za bezpieczeństwo obywateli a prawem państwa do coraz głębszego ingerowania w ich życie? Każde pokolenie musi na nowo odpowiedzieć sobie na to pytanie, ponieważ historia wielokrotnie pokazała, że niemal każde ograniczenie wolności rozpoczynało się od szlachetnie brzmiących haseł. Mówiono o bezpieczeństwie, porządku publicznym, ochronie społeczeństwa, walce z przestępczością lub trosce o dobro wspólne. Cele te same w sobie mogą być słuszne. Nie oznacza to jednak, że każda metoda prowadząca do ich osiągnięcia również pozostaje moralnie dopuszczalna.

Chrześcijaństwo od dwóch tysięcy lat przypomina światu niezwykle prostą prawdę. Dobry cel nie uświęca każdego środka. Człowiek nigdy nie może zostać sprowadzony do roli narzędzia, nawet wtedy, gdy czyni się to w imię wartości powszechnie uznawanych za ważne. Godność osoby ludzkiej nie zależy od decyzji parlamentu, rządu ani jakiejkolwiek instytucji międzynarodowej. Jest wartością wcześniejszą od każdego prawa stanowionego, ponieważ wypływa z samego faktu, że człowiek został stworzony na obraz Boga.

Dlatego z głębokim niepokojem obserwuję kierunek, w którym coraz częściej zmierza współczesne prawodawstwo. W imię walki z realnymi zagrożeniami proponuje się rozwiązania, które jeszcze kilkanaście lat temu zostałyby uznane za niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawa. Ochrona dzieci przed przestępstwami seksualnymi należy do najważniejszych obowiązków każdego państwa i nikt uczciwie myślący nie będzie tego kwestionował. Nie wolno jednak wykorzystywać dobra dzieci jako argumentu zamykającego każdą dyskusję o granicach wolności obywatelskich. Właśnie dlatego, że chodzi o dobro najwyższej wartości, tym większa powinna być odpowiedzialność za środki, po które sięga władza.

Każde państwo posiada instrumenty pozwalające ścigać sprawców przestępstw. W państwie prawa sięganie po środki ingerujące w prywatność obywatela powinno jednak podlegać ścisłej kontroli i wynikać z konkretnych przesłanek, a nie z założenia, że dla bezpieczeństwa można stopniowo rozszerzać zakres nadzoru nad całym społeczeństwem. Jeżeli zaczynamy przyzwyczajać się do myśli, że prywatna komunikacja obywateli może być poddawana coraz dalej idącym mechanizmom kontroli tylko dlatego, że rozwój technologii na to pozwala, wówczas przestajemy zadawać najważniejsze pytanie. Nie pytamy już, czy państwo ma prawo tak postąpić. Pytamy jedynie, czy jest do tego technicznie zdolne.

A przecież nie wszystko, co jest możliwe, staje się przez to moralnie dopuszczalne.

Nie wszystko, co można zrobić, powinno zostać zrobione.

Nie wszystko, co zostanie uchwalone, automatycznie staje się sprawiedliwe.

Historia Europy uczy czegoś jeszcze. Wolność bardzo rzadko odbierana jest jednorazowo. Znacznie częściej ogranicza się ją stopniowo. Małymi krokami. Każdy z nich wydaje się niewielki. Każdy znajduje swoje uzasadnienie. Każdy przedstawiany jest jako rozwiązanie wyjątkowe i konieczne. Dopiero po latach społeczeństwo odkrywa, że granice, których kiedyś gotowe było bronić, przesunęły się tak daleko, iż zaczęło uważać za normalne to, co jeszcze niedawno budziło powszechny sprzeciw.

Jako chrześcijanin nie mogę przejść obok tego obojętnie. Człowiek nie został stworzony po to, aby żyć pod nieustannym przekonaniem, że każda jego rozmowa, każda wiadomość i każda forma komunikacji może stać się przedmiotem coraz szerszej kontroli dlatego, że gdzieś istnieje potencjalne zagrożenie. Państwo prawa powinno ścigać przestępców. Nie powinno budować kultury, w której każdy obywatel zaczyna być traktowany przede wszystkim jako osoba wymagająca prewencyjnego nadzoru.

Niepokoi mnie nie tylko sam kierunek tych zmian. Jeszcze bardziej niepokoi mnie milczenie wielu polityków, którzy przed wyborami zapewniali o obronie wolności obywatelskich, a po uzyskaniu mandatu coraz łatwiej godzą się na rozwiązania rozszerzające zakres kontroli nad społeczeństwem. Właśnie w takich chwilach najboleśniej ujawnia się znaczenie słowa, które od początku prowadzi tę refleksję.

Zaufanie.

Bo zaufanie nie polega na tym, że obywatel bezgranicznie wierzy każdej decyzji swoich przedstawicieli.

To polityk powinien każdego dnia udowadniać, że na to zaufanie nadal zasługuje.

Po wielu latach uczestniczenia w życiu publicznym doszedłem do decyzji, która dla wielu może okazać się niezrozumiała. Nie podejmuję jej pod wpływem emocji, chwilowego rozczarowania ani politycznej sympatii lub niechęci. Jest owocem długiego namysłu, obserwacji i coraz głębszego przekonania, że zaufanie nie może być rozdawane tylko dlatego, że nadszedł dzień wyborów.

Dlatego postanowiłem nie udzielać swojego mandatu zaufania.

Nie dlatego, że przestałem kochać swoją Ojczyznę.

Nie dlatego, że odwracam się od spraw publicznych.

Nie dlatego, że uważam demokrację za ustrój pozbawiony wartości.

Przeciwnie.

Podejmuję tę decyzję właśnie dlatego, że traktuję demokrację zbyt poważnie, aby udawać przed własnym sumieniem, że zaufanie można przekazać człowiekowi, do którego sam nie mam przekonania.

Zbyt często słyszałem słowa, które kończyły się wraz z kampanią wyborczą.

Zbyt często widziałem obietnice składane z niezwykłą łatwością, a później równie łatwo porzucane.

Zbyt często obserwowałem, jak obywatel staje się potrzebny tylko do chwili zamknięcia lokali wyborczych, po czym jego głos zaczyna być traktowany bardziej jako przeszkoda niż przypomnienie o odpowiedzialności.

Nie potrafię zaakceptować takiego rozumienia demokracji.

Nie wierzę, że obywatel istnieje dla państwa.

To państwo istnieje dla obywatela.

Nie wierzę, że polityk otrzymuje prawo do sprawowania władzy ponad społeczeństwem.

Otrzymuje obowiązek wykonywania służby wobec społeczeństwa.

Nie wierzę również, że sumienie człowieka powinno ustąpić miejsca politycznemu zwyczajowi. Jeżeli po uczciwej ocenie dochodzę do przekonania, że nie mogę obdarzyć zaufaniem żadnego z tych, którzy o nie proszą, mam moralne prawo powiedzieć „nie”. Nie jest to odmowa udziału w życiu wspólnoty. Jest to odmowa uczestniczenia w mechanizmie, który coraz częściej oczekuje ode mnie nie odpowiedzialnego wyboru, lecz samego aktu udzielenia legitymacji.

Być może ktoś powie, że niczego to nie zmieni.

Być może ma rację.

Historia pokazuje jednak, że największe zmiany bardzo często rozpoczynały się od ludzi, którzy odmówili uczestniczenia w czymś, co uznali za sprzeczne z własnym sumieniem. Chrześcijaństwo nigdy nie uczyło wygodnego dostosowywania się do większości. Uczyło odwagi pozostania wiernym prawdzie nawet wtedy, gdy człowiek pozostaje w mniejszości.

Nie piszę tych słów po to, aby kogokolwiek przekonać do podjęcia identycznej decyzji.

Każdy człowiek odpowiada przed własnym sumieniem.

Każdy ponosi odpowiedzialność za swoje wybory.

Szanuję każdego, kto po uczciwym namyśle postanowi oddać swój głos. Tak samo oczekuję szacunku dla tych, którzy po równie uczciwym namyśle uznają, że nie mogą udzielić swojego zaufania żadnej z przedstawionych propozycji. Demokracja nie kończy się na prawie do głosowania. Demokracja obejmuje również wolność sumienia. Bez niej pozostaje jedynie procedurą.

Na końcu pozostaje jeszcze jedno pytanie.

Nie pytanie skierowane do polityków.

Nie pytanie skierowane do instytucji.

Nie pytanie skierowane do partii.

Pytanie skierowane do każdego z nas.

Czy potrafimy jeszcze odróżnić władzę od służby?

Czy pamiętamy, że mandat społeczny nie jest aktem wywyższenia, lecz czasowym powierzeniem odpowiedzialności?

Czy nie przyzwyczailiśmy się do świata, w którym od obywatela oczekuje się coraz większego posłuszeństwa, podczas gdy od polityka wymaga się coraz mniej odpowiedzialności?

Jeżeli odpowiedź na te pytania będzie przecząca, utracimy coś znacznie cenniejszego niż kolejne wybory.

Utracimy wzajemne zaufanie.

A naród, który przestaje ufać własnemu państwu, wchodzi na drogę niezwykle trudną do odwrócenia.

Bo państwo nie zaczyna się od parlamentu.

Nie zaczyna się od rządu.

Nie zaczyna się od urzędów.

Państwo zaczyna się od człowieka.

Od jego godności.

Od jego wolności.

Od jego sumienia.

Jeżeli to właśnie sumienie przestanie być najwyższą miarą naszego życia publicznego, żadne ustawy, żadne wybory i żadne kolejne obietnice nie odbudują tego, co utraciliśmy.

Zaufanie bowiem rodzi się z prawdy.

A tam, gdzie prawda przestaje być fundamentem życia publicznego, wcześniej czy później zaczyna chwiać się również cały dom, który wspólnie nazywamy Ojczyzną.

Na zakończenie chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz.

Nie kieruję tych słów przeciwko konkretnym ludziom. Nie są one wymierzone przeciwko jednej partii, jednemu rządowi ani jednej wizji państwa. Byłoby zbyt łatwo sprowadzić ten problem wyłącznie do nazwisk i bieżących wydarzeń. Historia uczy, że pokusa władzy nie ma barw politycznych. Zmieniają się partie. Zmieniają się premierzy, prezydenci i parlamenty. Nie zmienia się natomiast człowiek, który bardzo łatwo zaczyna wierzyć, że powierzona mu odpowiedzialność czyni go ważniejszym od tych, którzy ją powierzyli.

Dlatego ten tekst jest przede wszystkim apelem o powrót do pokory.

Pokory wobec prawdy.

Pokory wobec własnego słowa.

Pokory wobec obywatela.

Pokory wobec Boga.

Chrześcijanin nie może mierzyć jakości państwa wyłącznie wysokością podatków, poziomem wzrostu gospodarczego ani wynikami kolejnych sondaży. Wszystko to ma swoje znaczenie, ale żadne państwo nie pozostanie naprawdę silne, jeżeli utraci fundament moralny, na którym zostało zbudowane. Tam, gdzie przestaje obowiązywać odpowiedzialność za wypowiedziane słowo, wcześniej czy później zaczyna słabnąć również odpowiedzialność za człowieka. Tam, gdzie zanika szacunek dla wolności sumienia, zanika także szacunek dla samej osoby ludzkiej. A tam, gdzie obywatel przestaje być traktowany jako gospodarz własnego państwa, demokracja zaczyna powoli tracić swój rzeczywisty sens.

Nie oczekuję państwa doskonałego.

Nie oczekuję polityków nieomylnych.

Nie oczekuję świata pozbawionego sporów.

Oczekuję jedynie tego, co powinno być oczywiste w każdej wspólnocie budowanej na zaufaniu. Odpowiedzialności za słowo. Wierności składanym zobowiązaniom. Szacunku dla człowieka. Pokory wobec prawa, które ma chronić obywatela, a nie stawać się narzędziem coraz głębszego podporządkowywania go państwu. Oraz odwagi przyznania się do błędu, gdy okaże się, że obrana droga prowadziła w niewłaściwym kierunku.

Nie wiem, dokąd zaprowadzi nas współczesna Europa.

Nie wiem, jakie ustawy zostaną jeszcze uchwalone.

Nie wiem, jakie decyzje podejmą kolejne rządy.

Wiem jednak jedno.

Naród nie traci swojej wolności jednego dnia.

Nie traci jej również jedną ustawą.

Traci ją wtedy, gdy stopniowo przyzwyczaja się do przekonania, że dla jego dobra można ograniczać kolejne prawa, że władzy należy ufać bardziej niż własnemu sumieniu, a obywatel powinien przede wszystkim podporządkować się decyzjom podejmowanym ponad jego głową.

Historia Europy pokazuje, że każda epoka, która zapominała o pierwszeństwie godności człowieka przed interesem państwa, wcześniej czy później płaciła za to bardzo wysoką cenę. Właśnie dlatego naszym obowiązkiem jest stawiać pytania, nawet wtedy, gdy są niewygodne. Właśnie dlatego naszym obowiązkiem jest przypominać rządzącym, że nie zostali wybrani po to, aby naród wychowywać, kontrolować czy zastępować jego sumienie. Zostali wybrani po to, aby służyć.

Być może kiedyś ktoś przeczyta te słowa i uzna je za zbyt surowe.

Nie będzie to miało większego znaczenia.

Znacznie bardziej obawiam się chwili, w której przestalibyśmy zadawać podobne pytania.

Bo naród, który przestaje pytać władzę o odpowiedzialność, bardzo szybko zaczyna przyzwyczajać się do tego, że odpowiedzialność przestaje obowiązywać.

A wtedy milknie nie tylko zaufanie.

Milknie także wolność.

I właśnie od tego milczenia powinien bardziej obawiać się każdy człowiek wierzący niż wszystkich politycznych sporów naszego czasu.

Być może ktoś po przeczytaniu tych słów uzna, że są zbyt wymagające. Być może ktoś inny nie zgodzi się z moją oceną współczesnego życia publicznego. Szanuję to. Demokracja nie wymaga przecież jednomyślności. Wymaga jedynie uczciwej rozmowy prowadzonej z poszanowaniem prawdy i godności drugiego człowieka.

Nie oczekuję od nikogo, aby myślał tak samo jak ja.

Oczekuję jedynie, abyśmy wszyscy, niezależnie od poglądów, nie przestali zadawać pytań tym, którym powierzamy odpowiedzialność za nasze państwo. Nie wolno nam przyzwyczaić się do świata, w którym obywatel ma jedynie obowiązek ufać, a władza nie czuje już obowiązku nieustannego udowadniania, że na to zaufanie zasługuje. Taki porządek nie ma nic wspólnego z demokracją. Jest jej zaprzeczeniem.

Jako chrześcijanin wierzę, że każda władza przeminie.

Przeminą parlamenty.

Przeminą rządy.

Przeminą partie polityczne.

Przeminą nazwiska ludzi, którzy dzisiaj wypełniają pierwsze strony gazet.

Nie przeminie natomiast prawda.

Nie przeminie odpowiedzialność za wypowiedziane słowo.

Nie przeminie sumienie, przed którym wcześniej czy później stanie każdy człowiek, niezależnie od tego, czy był zwykłym obywatelem, posłem, ministrem czy głową państwa.

To właśnie dlatego nie boję się mówić o zaufaniu.

Bo zaufanie nie jest kategorią polityczną.

Jest kategorią moralną.

A wszystko, co dotyczy moralności człowieka, wcześniej czy później staje również przed Bogiem.

Moim pragnieniem nie jest zwycięstwo jednej strony nad drugą.

Moim pragnieniem jest powrót do państwa, w którym słowo znów znaczy tyle, ile powinno znaczyć, w którym obietnica pozostaje zobowiązaniem, a nie elementem strategii wyborczej, w którym obywatel nie musi wybierać pomiędzy własnym sumieniem a polityczną lojalnością, ponieważ polityka ponownie staje się służbą, a nie drogą do zdobywania i utrzymywania władzy.

Jeżeli ten tekst skłoni choć jednego człowieka do głębszej refleksji nad odpowiedzialnością za własne decyzje, nad wartością zaufania i nad miejscem sumienia w życiu publicznym, będzie to znaczyło, że nie został napisany na próżno.

Bo przyszłość Ojczyzny nie rozstrzyga się wyłącznie przy urnach wyborczych.

Rozstrzyga się każdego dnia.

W ludzkim sumieniu.

Tam rodzi się uczciwość albo kłamstwo.

Odwaga albo wygoda.

Służba albo pycha.

I tam również zaczyna się albo kończy prawdziwa wolność narodu.

Dlatego wciąż wierzę.

Wierzę nie w polityków.

Nie w partie.

Nie w sondaże.

Wierzę w człowieka, który potrafi pozostać wierny prawdzie nawet wtedy, gdy wymaga to odwagi.

Bo dopóki istnieją ludzie, którzy nie sprzedali własnego sumienia, dopóty istnieje nadzieja dla każdej Ojczyzny.

bp Robert Matysiak NCC
bp Robert Matysiak NCC

Autor bloga „Myśli”. Teksty, refleksje i komentarze poświęcone duchowości, modlitwie, życiu Kościoła oraz doświadczeniu człowieka wierzącego.