Fair Play
Czy piłka nożna nadal należy do wszystkich?
Mistrzostwa świata 2026 zapisują się już dziś jako największy turniej w historii piłki nożnej. Po raz pierwszy na boiskach trzech państw, Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku, występuje czterdzieści osiem reprezentacji narodowych, a kibice na całym świecie są świadkami aż stu czterech spotkań. Skala tego wydarzenia budzi podziw. Nigdy wcześniej futbol nie zgromadził tak wielu narodów, kultur, języków i historii w ramach jednego turnieju. Nigdy wcześniej światowa piłka nożna nie otrzymała takiej możliwości, aby pokazać, że potrafi być czymś więcej niż tylko sportową rywalizacją.
Właśnie dlatego tegoroczne mistrzostwa świata są dla mnie czymś znacznie poważniejszym niż wielkim wydarzeniem sportowym. Są próbą sumienia współczesnego świata. Są pytaniem postawionym nie tylko piłkarzom, trenerom i kibicom, lecz także instytucjom, państwom i wszystkim tym, którzy mówią o równości, a następnie muszą udowodnić, czy naprawdę są gotowi tej równości bronić.
Piłka nożna od samego początku miała w sobie coś niezwykłego. Była grą prostą, a przez to powszechną. Nie wymagała wielkich majątków, skomplikowanych narzędzi ani przynależności do uprzywilejowanych klas. Wystarczył kawałek ziemi, piłka i kilku ludzi gotowych stanąć naprzeciw siebie nie po to, aby siebie upokorzyć, lecz aby zmierzyć się w uczciwej rywalizacji. Może właśnie dlatego futbol stał się językiem świata. Językiem, którego nie trzeba było tłumaczyć. Językiem, w którym dziecko z ubogiej ulicy mogło spotkać się z dzieckiem z wielkiego miasta, a człowiek z jednego kontynentu mógł zrozumieć człowieka z drugiego.
Od zawsze rozumiałem piłkę nożną jako przestrzeń, w której człowiek na chwilę zostawia za sobą wszystko to, co go dzieli. Narodowość pozostaje obecna, bo przecież reprezentacje grają pod swoimi flagami. Jednak ta flaga nie powinna odbierać nikomu godności. Nie powinna decydować o tym, kto zasługuje na szacunek, a kto musi go dopiero wyprosić. Na murawie wszyscy mieli być równi. Tak rozumiałem sens tej gry. Tak rozumiałem znaczenie mistrzostw świata. Miały być świętem narodów, które na kilka tygodni odkładają polityczne spory, historyczne urazy i wzajemne oskarżenia, aby spotkać się w przestrzeni uczciwej rywalizacji.
Właśnie dlatego tak mocno wracają do mnie dziś dwa krótkie słowa.
Fair Play.
Nie były one dla mnie nigdy pustym hasłem ani ozdobą sportowego ceremoniału. Nie były reklamową formułą wypisywaną po to, aby dobrze wyglądała na stadionowych bandach, transmisjach telewizyjnych czy oficjalnych materiałach organizatorów. Były moralnym zobowiązaniem. Były publiczną deklaracją, że każdy zawodnik, niezależnie od tego, z jakiego kraju przybywa, zasługuje na ten sam szacunek, na tę samą godność i na takie same warunki uczestnictwa w największym święcie światowego futbolu.
Dzisiaj jednak z bólem pytam, czy te dwa słowa nadal znaczą to, co powinny znaczyć. Nie wiem, czy napis Fair Play nadal znajduje się na koszulkach zawodników. Wiem natomiast, że coraz trudniej odnaleźć jego rzeczywistą obecność w decyzjach podejmowanych poza boiskiem. A przecież właśnie poza boiskiem najczęściej sprawdza się prawdziwość zasad, które tak łatwo wypowiada się podczas uroczystych ceremonii.
Nie potrafię przejść obojętnie wobec sytuacji reprezentacji Iranu. Nie dlatego, że zamierzam oceniać politykę tego państwa. Nie dlatego, że chcę uczestniczyć w sporach, które od lat dzielą świat. I nie dlatego, że próbuję usprawiedliwiać jakikolwiek system polityczny, jakąkolwiek władzę czy jakiekolwiek decyzje rządzących. Piszę o tym dlatego, że widzę sportowców, którzy przyjechali na mistrzostwa świata, aby grać w piłkę nożną, a znaleźli się w rzeczywistości, w której ich narodowość zaczęła odgrywać rolę większą niż ich sportowe umiejętności.
To budzi mój sprzeciw.
Nie mam zgody na sytuację, w której zawodnicy jednej reprezentacji mogą odnieść wrażenie, że nie są traktowani z taką samą godnością jak pozostali uczestnicy turnieju. Jeżeli mistrzostwa świata mają być rzeczywiście wspólnym świętem wszystkich narodów, to nie mogą istnieć reprezentacje bardziej i mniej mile widziane. Nie może istnieć podział na tych, którzy wchodzą do tego święta szeroką bramą, i tych, wobec których stosuje się dodatkowe ograniczenia tylko dlatego, że urodzili się pod inną flagą.
Jeszcze większy niepokój budzi we mnie postawa FIFA. Organizacji, która od lat przedstawia siebie jako strażnika jedności światowego futbolu, równości i wzajemnego szacunku. Nie wystarczy jednak mówić o jedności podczas oficjalnych ceremonii. Nie wystarczy umieszczać pięknych haseł na stadionach i w materiałach promocyjnych. Nie wystarczy powtarzać słów o szacunku, jeśli w konkretnym momencie zabraknie odwagi, aby ten szacunek obronić.
Prawdziwa wartość deklaracji ujawnia się dopiero wtedy, gdy trzeba ponieść ich konsekwencje. Jeżeli FIFA mówi o równości wszystkich uczestników, to powinna reagować szczególnie wtedy, gdy ta równość zostaje wystawiona na próbę. Jeżeli mówi o jedności futbolu, to nie może pozwalać, aby polityczne napięcia odbierały jednym zawodnikom poczucie pełnego uczestnictwa w turnieju. Jeżeli mówi o szacunku, to musi pamiętać, że szacunek nie jest przywilejem dla wybranych. Jest minimum należnym każdemu człowiekowi.
Milczenie wobec nierównego traktowania nie jest neutralnością. Milczenie bardzo często staje się zgodą. A zgoda na nierówność, nawet wtedy, gdy jest ubrana w język procedur, bezpieczeństwa lub politycznej konieczności, pozostaje moralnie niebezpieczna. Bo w pewnym momencie człowiek przestaje być widziany jako osoba, a zaczyna być traktowany jako przedłużenie państwa, z którego pochodzi.
To właśnie tutaj rodzi się mój najgłębszy sprzeciw. Nie wobec jednego państwa. Nie wobec jednego narodu. Nie wobec jednej federacji. Lecz wobec świata, który coraz częściej mówi o równości, a coraz rzadziej ma odwagę naprawdę ją stosować.
Jako chrześcijanin nie potrafię patrzeć na człowieka najpierw przez pryzmat jego paszportu. Ewangelia nauczyła mnie innego sposobu widzenia. Człowiek nie zaczyna się od dokumentu, granicy, flagi ani decyzji jakiegokolwiek rządu. Człowiek zaczyna się od Boga. Od tajemnicy stworzenia. Od tej prawdy, że został powołany do istnienia nie jako narzędzie polityki, lecz jako osoba obdarzona niezbywalną godnością.
Chrystus nie pytał Samarytanina o jego pochodzenie, zanim z nim rozmawiał. Nie pytał niewidomego o narodowość, zanim przywrócił mu wzrok. Nie pytał łotra na krzyżu, z jakiego kraju pochodzi, zanim obiecał mu raj. Ewangelia nie zna pojęcia człowieka drugiej kategorii. Nie zna narodów, którym należy się więcej godności, i narodów, którym można jej odmówić. Krzyż Chrystusa nie został wbity w ziemię dla jednej flagi. Stanął pomiędzy niebem a ziemią dla całej ludzkości.
Dla Boga człowiek zawsze był wcześniej człowiekiem niż obywatelem.
To człowiek został stworzony na obraz Boga.
Nie państwo.
Nie granice.
Nie ideologie.
Dlatego z ogromnym bólem obserwuję, jak świat sportu coraz częściej pozwala, aby polityka wchodziła tam, gdzie powinna obowiązywać sprawiedliwość. Rozumiem, że świat nie jest naiwny. Rozumiem, że istnieją napięcia międzynarodowe, konflikty, sankcje i realne problemy bezpieczeństwa. Nie chodzi mi o udawanie, że ich nie ma. Chodzi mi o to, aby w samym centrum tych napięć nie zgubić człowieka. Bo jeżeli człowiek zostaje zgubiony, wtedy każda instytucja, nawet najbardziej wpływowa, przegrywa moralnie.
Paradoks współczesności polega na tym, że bardzo łatwo potrafimy mówić o walce z dyskryminacją, a jednocześnie z zadziwiającą łatwością przechodzimy do porządku dziennego nad sytuacjami, w których człowiek doświadcza nierównego traktowania dlatego, że urodził się po niewłaściwej stronie granicy. Zmieniają się jedynie uzasadnienia. Mechanizm pozostaje ten sam. Jednych trzeba chronić. Drugich można ograniczać. Jednym należy się pełnia szacunku. Drugim należy się szacunek warunkowy.
Nie mogę się na to zgodzić.
Nie ukrywam również swojego uznania dla reprezentacji Iranu. Oglądając jej mecze, widzę drużynę zdyscyplinowaną, konsekwentną i dojrzałą taktycznie. Widzę zawodników, którzy mimo ogromnej presji potrafią zachować koncentrację oraz sportową godność. Widzę zespół, który nie prosi o litość, lecz wychodzi na boisko, aby wykonywać swoją pracę z powagą, siłą i odpowiedzialnością.
Szczególne wrażenie wywiera na mnie postawa ich bramkarza. Dostrzegam w niej klasę, spokój oraz profesjonalizm, który bez kompleksu można stawiać obok znaczących postaci współczesnego futbolu. Wielkość bramkarza nie polega tylko na efektownych interwencjach. Polega także na umiejętności dźwigania ciężaru chwili, na zachowaniu zimnej krwi wtedy, gdy wokół narasta presja, oraz na zdolności obrony nie tylko bramki, lecz także sportowej godności całej drużyny. W takiej postawie jest coś więcej niż technika. Jest charakter.
A charakter w sporcie znaczy więcej, niż czasem chcemy przyznać.
Coraz częściej zastanawiam się, czy współczesny świat nie zapomniał, że sport miał być jednym z niewielu miejsc, gdzie człowiek spotyka drugiego człowieka bez uprzedzeń. Stadion miał być przestrzenią pojednania, a nie przedłużeniem politycznych konfliktów. Mistrzostwa świata miały przypominać, że istnieją jeszcze wartości większe niż interes państw, większe niż chwilowe emocje i większe niż geopolityczne kalkulacje.
Być może właśnie dlatego tak trudno pogodzić mi się z tym, co obserwuję. Nie dlatego, że kibicuję jednej reprezentacji bardziej od drugiej. Nie dlatego, że chcę kogokolwiek oskarżać dla samego oskarżenia. Lecz dlatego, że nie potrafię zgodzić się na świat, w którym godność człowieka staje się wartością warunkową.
Fair Play nie zaczyna się od pierwszego gwizdka sędziego.
Fair Play zaczyna się znacznie wcześniej.
Zaczyna się w sumieniu człowieka.
Zaczyna się w decyzjach tych, którzy organizują turniej. W odwadze tych, którzy stoją na straży zasad. W sposobie, w jaki państwa traktują gości. W tym, czy potrafimy odróżnić sportowca od polityki jego kraju. W tym, czy umiemy zobaczyć człowieka tam, gdzie inni widzą jedynie narodowość.
Jeżeli zabraknie fair play poza stadionem, nie uratują go żadne hasła wypisane na banerach, żadne kampanie społeczne ani najpiękniejsze przemówienia działaczy sportowych. Wówczas pozostanie jedynie pustym sloganem, który dobrze brzmi podczas ceremonii otwarcia, lecz milknie wtedy, gdy najbardziej potrzebuje go człowiek.
A przecież właśnie wtedy powinien przemówić najgłośniej.
Dlatego piszę ten tekst nie jako polityczny manifest, lecz jako głos sumienia. Piszę go z bólem, ale i z przekonaniem, że są sprawy, wobec których człowiek wierzący nie może pozostać obojętny. Jeżeli wierzę, że każdy człowiek nosi w sobie obraz Boga, to nie mogę milczeć wtedy, gdy czyjaś godność zostaje pomniejszona przez narodowość. Jeżeli wierzę w Ewangelię, to nie mogę zgodzić się na świat, który mówi o równości, ale stosuje ją wybiórczo. Jeżeli wierzę w sens słowa sprawiedliwość, to muszę przypominać, że sprawiedliwość nie jest dekoracją. Jest obowiązkiem.
Piłka nożna nadal może być piękną opowieścią o człowieku. Nadal może być miejscem spotkania narodów. Nadal może uczyć szacunku, odwagi i odpowiedzialności. Ale tylko wtedy, gdy nie zdradzi własnego początku. Tego prostego początku, w którym kilku ludzi stawało naprzeciw siebie nie jako wrogowie, lecz jako uczestnicy tej samej gry.
Jeżeli mistrzostwa świata mają naprawdę należeć do świata, muszą należeć do wszystkich.
Nie tylko do silnych.
Nie tylko do uprzywilejowanych.
Nie tylko do politycznie wygodnych.
Do wszystkich.
Bo tam, gdzie człowiek zostaje odsunięty z powodu narodowości, tam przegrywa nie tylko jedna drużyna. Tam przegrywa sama idea sportu. A wraz z nią przegrywa coś jeszcze głębszego.
Nasza zdolność do zobaczenia w drugim człowieku brata.

Autor bloga „Myśli”. Teksty, refleksje i komentarze poświęcone duchowości, modlitwie, życiu Kościoła oraz doświadczeniu człowieka wierzącego.