Chrześcijanin
Czy pamiętamy, kim jesteśmy?
Od pewnego czasu coraz wyraźniej dostrzegam zjawisko, które wcześniej pozostawało niemal niezauważalne. Chrześcijanie należący do różnych Kościołów, żyjący w odmiennych krajach, wychowani w innych tradycjach i posługujący się różnymi językami, coraz częściej wypowiadają bardzo podobne myśli. Nie chodzi o identyczność poglądów ani o zgodność we wszystkich kwestiach doktrynalnych. Istnieją różnice, których nie wolno lekceważyć ani sztucznie zacierać. Mimo to można odnieść wrażenie, że pod powierzchnią odmiennych form, zwyczajów i sposobów wyrażania wiary płynie ten sam nurt. Jest nim pragnienie wiernego podążania za Chrystusem.
To właśnie ta wspólna przestrzeń skłania do refleksji. Nie dlatego, że unieważnia istniejące podziały, lecz dlatego, że przypomina o czymś znacznie głębszym. O tym, że wiara chrześcijańska nie rodzi się z przynależności do określonej wspólnoty, ale ze spotkania z żywym Chrystusem. Wszystko inne, choć ważne, pozostaje wobec tego wydarzenia wtórne.
Takie teksty rozpoznaje się niemal natychmiast. Nie dlatego, że zachwycają kunsztem języka, chociaż często są pięknie napisane. Nie dlatego, że zawierają wyjątkowo odkrywcze myśli, bo nieraz opowiadają o prawdach dobrze znanych od dwóch tysięcy lat. Jest w nich jednak coś, czego nie potrafi zastąpić żadna erudycja ani żaden talent literacki. Pomiędzy kolejnymi zdaniami obecne jest doświadczenie człowieka, który nie pisze o Bogu dlatego, że wiele o Nim przeczytał, lecz dlatego, że przez lata uczył się żyć w Jego obecności. Takich tekstów nie czyta się wyłącznie oczami. Czyta się je również własnym sumieniem. Pozostają w pamięci znacznie dłużej niż ich autorzy, ponieważ przypominają, że najgłębsze słowa rodzą się nie przy biurku, ale w ciszy modlitwy, w chwilach zwątpienia, w cierpieniu, w przebaczeniu i w cierpliwym dojrzewaniu serca.
To właśnie o takich ludziach pisał prorok Zachariasz: „Pójdziemy z wami, albowiem zrozumieliśmy, że z wami jest Bóg” (Za 8,23). Nie dlatego, że należeli do określonej wspólnoty, lecz dlatego, że w ich życiu dostrzegalna była obecność Boga. Tak samo jest i dzisiaj. Najbardziej przekonujące świadectwo nie rodzi się z umiejętności prowadzenia sporów ani z bogactwa argumentów, ale z życia, które prowadzi do Chrystusa.
Dopiero po zakończeniu lektury zaczynam zastanawiać się nad osobą autora. Kim jest? Z jakiego Kościoła pochodzi? Jaką drogę przeszedł? I właśnie wtedy coraz częściej odkrywam coś, co z początku wydawało mi się drobnym szczegółem, a dziś uważam za jedno z najbardziej znaczących doświadczeń ostatnich miesięcy. Pod tekstem nie znajduję nazwy wspólnoty ani wyznania. Nie ma informacji o pełnionym urzędzie ani o stopniach naukowych. Jest tylko jeden podpis.
Chrześcijanin.
Im częściej spotykam to jedno słowo, tym mocniej rodzi się we mnie pytanie, czy nie zawiera ono prawdy, o której współczesny Kościół mówi zbyt rzadko. Może przez stulecia nauczyliśmy się przede wszystkim przedstawiać poprzez nazwy naszych wspólnot, a zbyt łatwo zapomnieliśmy o imieniu, które jako pierwsze otrzymali uczniowie Jezusa.
„W Antiochii po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami” (Dz 11,26).
To krótkie zdanie niesie w sobie niezwykłą głębię. Nie mówi o powstaniu nowej religii ani o utworzeniu nowej organizacji. Mówi o ludziach, których życie tak bardzo było związane z Chrystusem, że otoczenie zaczęło określać ich Jego imieniem. Ich tożsamość nie wyrastała z przynależności do określonej struktury, lecz z podobieństwa do Mistrza.
Być może nie utraciliśmy jedności dlatego, że różnimy się w rozumieniu wielu kwestii teologicznych. Być może zaczęliśmy ją tracić znacznie wcześniej, wtedy gdy przestaliśmy najpierw widzieć w sobie chrześcijan, a dopiero potem katolików, prawosławnych, luteranów, baptystów czy przedstawicieli innych tradycji.
To odkrycie nie daje mi spokoju.
Zaczynam bowiem zadawać sobie pytanie, którego wcześniej nigdy sobie nie stawiałem. Czy nie przyzwyczailiśmy się do tego, że pierwszym określeniem naszej tożsamości stała się nazwa Kościoła, podczas gdy słowo „chrześcijanin” zeszło na dalszy plan? Przedstawiając się innym, mówimy, że jesteśmy katolikami, prawosławnymi, starokatolikami, luteranami, baptystami, zielonoświątkowcami czy członkami innych wspólnot chrześcijańskich. Wszystkie te określenia mają swoje znaczenie i swoją historię. Każde z nich niesie bogactwo duchowości, tradycji i doświadczenia wiary. Jednak coraz częściej zastanawiam się, czy nie zapomnieliśmy o imieniu, które było pierwsze.
Nowy Testament nie pozostawia w tej kwestii wątpliwości. Uczniowie Jezusa nie zostali najpierw nazwani przedstawicielami określonego nurtu religijnego. W Antiochii nazwano ich po prostu chrześcijanami. Nie dlatego, że stworzyli nową organizację, lecz dlatego, że ludzie dostrzegali w ich życiu podobieństwo do Chrystusa. To właśnie On był ich tożsamością. Nie struktura. Nie tradycja. Nie kultura. Nie miejsce urodzenia. Nie język. Chrystus.
Apostoł Paweł bardzo wcześnie dostrzegł niebezpieczeństwo budowania swojej tożsamości wokół ludzi i grup. Dlatego z bólem pytał chrześcijan w Koryncie: „Myślę o tym, co każdy z was mówi: «Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa». Czyż Chrystus jest podzielony?” (1 Kor 1,12–13). Pytanie postawione niemal dwa tysiące lat temu nie straciło nic ze swojej aktualności. Ono nadal domaga się odpowiedzi.
Może właśnie tutaj rozpoczyna się jedno z najważniejszych pytań, jakie współczesny Kościół powinien odważyć się postawić samemu sobie. Czy bardziej jesteśmy świadomi tego, co nas różni, czy tego, co już od dwóch tysięcy lat czyni nas braćmi i siostrami? Czy potrafimy spojrzeć na drugiego człowieka najpierw jak na chrześcijanina, a dopiero później dostrzec jego przynależność do określonej tradycji? A może odwróciliśmy ten porządek do tego stopnia, że nazwa wspólnoty stała się ważniejsza od imienia, które wypływa z Ewangelii?
A przecież Pismo Święte przypomina: „Jedno jest Ciało i jeden Duch… Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich” (Ef 4,4–6). Jedność Kościoła nie rodzi się z jednakowości tradycji ani zwyczajów, ale z jednego Pana, który jest źródłem życia wszystkich wierzących.
Nie piszę tych słów po to, aby kogokolwiek zachęcać do porzucenia własnego Kościoła. Byłoby to zaprzeczeniem bogactwa, jakie Duch Święty pozostawił w historii chrześcijaństwa. Piszę je dlatego, że coraz mocniej jestem przekonany, iż przed wszystkimi Kościołami stoi dziś zadanie znacznie większe niż obrona własnej tożsamości. Jest nim ponowne odkrycie tej tożsamości, która istniała wcześniej niż wszystkie nasze podziały. Tożsamości zakorzenionej nie w nazwie wspólnoty, lecz w Osobie Jezusa Chrystusa.
Nie bez znaczenia jest również to, że święty Piotr pisał do wierzących: „Jeżeli zaś cierpi jako chrześcijanin, niech się nie wstydzi, lecz niech raczej tym imieniem wielbi Boga” (1 P 4,16). Nie zachęcał, aby chlubili się nazwą swojej wspólnoty, ale aby z godnością nosili imię chrześcijanina. To właśnie ono było ich pierwszą i najgłębszą tożsamością.
Może właśnie dlatego świat tak bardzo potrzebuje dzisiaj nie kolejnych sporów pomiędzy chrześcijanami, lecz chrześcijan, po których będzie można rozpoznać Chrystusa.
Bo sam Jezus powiedział: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,35).
Nie powiedział, że świat rozpozna Jego uczniów po nazwie ich wspólnoty, lecz po miłości, która będzie odbiciem Jego obecności.
Chrześcijanin.
Może właśnie od tego imienia wszystko powinno zaczynać się również dzisiaj.

Autor bloga „Myśli”. Teksty, refleksje i komentarze poświęcone duchowości, modlitwie, życiu Kościoła oraz doświadczeniu człowieka wierzącego.