blog myśli

... odsłon

Obecność

Są pytania, które nie pojawiają się często w kazaniach. Wydają się zbyt zwyczajne, zbyt przyziemne, zbyt małe, by dotykać spraw naprawdę ważnych. A jednak to właśnie one potrafią odsłonić prawdę o tym, jak żyję, w co naprawdę wierzę i komu oddaję swoją uwagę. Jedno z takich pytań noszę w sobie od dłuższego czasu: co robię z telefonem, kiedy idę na Eucharystię?

Nie pytam o przepisy ani o zewnętrzne normy zachowania. Nie chodzi mi o poprawność ani o to, co wypada. Pytam o coś znacznie głębszego. O to, komu w tej chwili oddaję swoje serce, swoją uwagę i swój czas. O to, kto naprawdę ma do mnie dostęp wtedy, gdy mówię, że idę na spotkanie z Bogiem.

Żyjemy w świecie, który uczy rozproszenia. Przyzwyczaja do nieustannego bodźca, do reakcji, do bycia w kilku miejscach naraz. Telefon stał się niemal przedłużeniem mojego ciała i mojej pamięci. Noszę w kieszeni cały świat: wiadomości, obrazy, rozmowy, niepokoje, oczekiwania. Nawet kiedy siedzę w ciszy, część mnie pozostaje w gotowości, jakby wciąż ktoś miał mnie zawołać.

Czas ulega dziś rozdrobnieniu. Uwaga staje się fragmentaryczna. Obecność traci swoją gęstość.

Tymczasem całe Objawienie mówi o Bogu jako Tym, który jest. „Jestem, który jestem” (Wj 3,14, BBT). To nie jest deklaracja abstrakcyjna. To imię Boga, które mówi o trwaniu, o wierności, o byciu tu i teraz. Bóg nie jest chwilą. Nie jest przelotnym impulsem. Jest obecnością.

„Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1,14, BBT). Zamieszkało. Nie tylko odwiedziło. Nie przemknęło. Weszło w ludzki czas, w zmęczenie dnia, w rytm pracy i odpoczynku, w ciężar relacji, w milczenie nocy. Bóg przyjął tempo człowieka. Zgodził się na ograniczenie. Na konkret. Na trwanie.

Coraz bardziej widzę, jak bardzo ten styl Boga różni się od stylu mojego życia.

Telefon nie jest wrogiem. Jest narzędziem. Ale jest też znakiem pewnej mentalności: nieustannej dostępności, natychmiastowej reakcji, lęku przed ciszą. Kiedy wchodzę do kościoła z telefonem w kieszeni, wnoszę nie tylko przedmiot. Wnoszę cały świat, który on reprezentuje. Wnoszę napięcie, przyzwyczajenie do rozproszenia, wewnętrzny pośpiech.

Nawet jeśli telefon jest wyciszony, moje wnętrze często pozostaje w trybie czuwania.

A Eucharystia domaga się innego sposobu bycia.

„Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało, albo tylko jednego” (Łk 10,41–42, BBT). Te słowa zawsze uderzają mnie swoją prostotą. Jezus nie potępia aktywności Marty. On dotyka jej rozdarcia. Pokazuje, że można być blisko, a jednak nie być obecnym. Można wykonywać dobre rzeczy i jednocześnie stracić centrum.

Obecność zawsze kosztuje. Jeśli naprawdę jestem z kimś, to nie jestem jednocześnie gdzie indziej. Jeśli naprawdę słucham, to nie podglądam innych spraw. To jest bardzo proste i bardzo trudne zarazem.

Z czasem zaczynam rozumieć, że problem nie leży w samym telefonie, ale w tym, co dzieje się z moją uwagą. Jak łatwo pozwalam jej się rozpraszać. Jak szybko uciekam od chwili, która domaga się ciszy i cierpliwości. Simone Weil pisała, że uwaga jest najczystszą formą miłości, bo nie próbuje niczego zawłaszczyć ani przyspieszyć. Uwaga pozwala rzeczywistości być sobą. Jest trwaniem bez nacisku, bez manipulacji, bez potrzeby natychmiastowej odpowiedzi. Kiedy naprawdę jestem uważny, przestaję obracać świat wokół siebie. Robię w sobie miejsce dla drugiego. I zaczynam widzieć, że każda chwila prawdziwego skupienia jest formą miłości, nawet jeśli pozostaje cicha i niewidoczna. A każda zgoda na trwałe rozproszenie powoli uczy mnie nieobecności, także tam, gdzie deklaruję bliskość.

Emmanuel Levinas z kolei pokazuje, że obecność drugiego nie jest dla mnie przedmiotem, ale wezwaniem. Twarz drugiego wzywa mnie do odpowiedzialności, do wyjścia poza siebie, do porzucenia własnej wygody. Spotkanie nie jest komfortowe. Ono mnie wyprowadza z centrum.

Czy nie jest podobnie ze spotkaniem z Bogiem?

Święty Augustyn, rozważając tajemnicę czasu, pisał, że przeszłość istnieje w pamięci, przyszłość w oczekiwaniu, a teraźniejszość w uważnym przeżywaniu chwili (Wyznania, księga XI). Coraz mocniej widzę, że tylko „teraz” jest miejscem realnego spotkania. Tylko w teraźniejszości mogę kochać, słuchać i odpowiadać. Gdy moje „teraz” rozpada się na wiele rozproszonych fragmentów, rozpada się również spójność mojego życia duchowego.

Eucharystia wydarza się zawsze w teraźniejszości. „To jest Ciało moje” (Mt 26,26, BBT). Nie było. Nie będzie. Jest. Tu i teraz.

A jednak jak często moje ciało jest w kościele, a moje myśli gdzie indziej.

Kiedy idę na ważne spotkanie z człowiekiem, odruchowo odkładam telefon. Nie dlatego, że ktoś mnie do tego zmusza. Dlatego, że intuicyjnie czuję wagę obecności. Chcę być naprawdę dostępny. Chcę słuchać. Chcę nie dzielić uwagi.

I właśnie tu rodzi się we mnie pytanie o moją wiarę. Co mówi o niej sposób, w jaki przygotowuję się do Eucharystii? Co mówi o niej to, czy potrafię wyłączyć telefon, czy tylko go wyciszam, czy w ogóle nie widzę w tym potrzeby?

Nie chodzi o prawo. Nie chodzi o kontrolę. Chodzi o prawdę serca.

„Zatrzymajcie się i poznajcie, że Ja jestem Bogiem” (Ps 46,11, BBT). Zatrzymanie nie dokonuje się samo. Trzeba je wybrać. Trzeba czasem zgodzić się na stratę bodźców, na brak kontroli, na ciszę, która odsłania wnętrze.

Cisza potrafi być niewygodna. W niej wychodzą na powierzchnię pytania, których unikam. Pragnienia, które domagają się decyzji. Lęki, których nie da się zagłuszyć kolejną informacją.

A jednak właśnie tam zaczyna się prawdziwa modlitwa.

Wyłączenie telefonu przed Eucharystią staje się dla mnie małym, ale konkretnym aktem wiary. Jest znakiem, że wierzę w realność tego spotkania. Że zgadzam się na ograniczenie własnej dostępności, by zrobić miejsce dla Boga. Że uczę się wolności wobec tego, co mnie zwykle rozprasza.

To drobny gest, ale jego znaczenie sięga głęboko. Dotyka mojego sposobu przeżywania czasu, uwagi i obecności. Dotyka tego, czy naprawdę potrafię być „tu”.

Nie pytam więc już tylko o telefon. Pytam o siebie. O to, czy moje „teraz” należy do Boga, czy jest stale rozrywane. Pytam o to, czy mam odwagę na chwilę ciszy, która nie przynosi natychmiastowej nagrody. Pytam o to, czy wierzę, że Eucharystia jest na tyle realnym spotkaniem, że warto dla niej wyłączyć resztę świata.

To pytanie nie daje mi spokoju. I dobrze. Bo wiara, która nie niepokoi, bardzo łatwo zamienia się w przyzwyczajenie.

Chcę, by mój gest, nawet tak prosty jak wyłączenie telefonu, był znakiem wewnętrznej decyzji: teraz jestem tutaj. Teraz nie uciekam. Teraz pozwalam, by Bóg miał do mnie dostęp bez pośredników, bez ekranów, bez hałasu.

Jeśli nie potrafię oddać Mu kilku chwil niepodzielnej uwagi, to co naprawdę znaczy moje wyznanie wiary?  

/-/ + Robert Matysiak NCC