Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon
Robert Matysiak
Zamyślnik

Wiersze

Wybierz tytuł, zatrzymaj się przy kilku pierwszych wersach albo rozwiń cały tekst. Spis po prawej stronie pozwala szybko odnaleźć konkretny wiersz.

187

Piątek

Poranek wstaje inaczej.
Nie niesie jeszcze odpoczynku.
Nie zna światła,
które przyjdzie po kamieniu odsuniętym od grobu.
Jest zawieszony pomiędzy drogą a końcem,
pomiędzy tym, co człowiek obiecał,
a tym, czego nie potrafił unieść.
Niebo tego dnia patrzy ciszej.
Jakby pamiętało krzyk,
186

Stare drzewa

Stare drzewa nie pytają już świata, czy są potrzebne.
Po prostu stoją.
Od wielu lat w tym samym miejscu, ciche, cierpliwe, zanurzone korzeniami głębiej, niż sięga ludzkie spojrzenie.
Przechodzimy obok nich często bez zatrzymania. Widzimy tylko popękaną korę, suche gałęzie, ślady czasu, które pozostawiły na nich deszcze, burze i zimowe noce.
A może właśnie w tych śladach zapisane jest wszystko, czego człowiek tak długo szuka.
Bo stare drzewa wiedzą coś, czego my często nie chcemy już pamiętać.
Że życie nie polega wyłącznie na ciągłym zaczynaniu od nowa.
Że nie wszystko, co stare, trzeba usunąć.
Że nie każda blizna odbiera piękno.
185

Niedokończona rozmowa

Została gdzieś pomiędzy zwykłymi dniami.
Nie pamiętam już dokładnie kiedy.
Może przerwał ją telefon.
Może brak czasu.
Może przekonanie, że jeszcze będzie okazja.
Człowiek często odkłada najważniejsze słowa, bo wydaje mu się, że ważne rzeczy zawsze poczekają.
Czekają.
Ale czas nie zawsze czeka razem z nimi.
Przez lata nosimy w sobie różne rozmowy.
184

Puste miejsce

Zauważyłem je dopiero po czasie.
Przez wiele lat było czymś zupełnie zwyczajnym.
Krzesło odsunięte od stołu.
Kubek postawiony trochę za blisko krawędzi.
Czyjeś miejsce, które każdy znał, choć nikt nigdy go nie podpisał.
Dziwne.
W domu każdy ma swoje miejsce.
Nie dlatego, że ktoś tak postanowił.
Po prostu któregoś dnia człowiek siada i zostaje tam na lata.
183

Stół

Nie pamiętam dnia, w którym pojawił się w naszym domu.
Może dlatego, że są rzeczy, które wchodzą w nasze życie tak cicho, że dopiero po latach odkrywamy, ile naprawdę widziały.
Po prostu był.
Zawsze w tym samym miejscu.
Przy nim zaczynały się poranki, kiedy jeszcze zaspani szukaliśmy pierwszych słów.
Stały na nim niedopite kubki.
Leżały książki, notatki i wszystkie małe sprawy, które człowiek przynosi ze sobą każdego dnia.
Ten stół znał więcej historii, niż mogłoby się wydawać.
Słyszał rozmowy, których nikt nigdy nie zapisał.
182

Puste krzesło

Stało tam od zawsze.
Przy stole.
Trochę odsunięte, jakby ktoś przed chwilą wstał i miał jeszcze wrócić.
Nigdy wcześniej nie zwracałem na nie uwagi.
Było częścią pokoju.
Tak jak zegar na ścianie.
Książki na półce.
Światło wpadające wieczorem przez okno.
Tego dnia jednak zatrzymałem na nim wzrok trochę dłużej.
181

Pusta strona

Otworzyłem ją późnym wieczorem.
Była zupełnie czysta.
Biała przestrzeń na ekranie i mały migający znak, który cierpliwie czekał.
Jakby pytał.
Nie o słowa.
O prawdę.
Przez chwilę patrzyłem tylko na niego.
Dziwne.
Człowiek przez cały dzień potrafi wypowiedzieć tysiące zdań.
180

Mapa bez śladów

Mapa bez śladów
Położył ją przede mną na stole.
Starannie złożoną.
Czystą.
Bez jednego zagięcia.
Pokazywał miejsca, którymi powinienem iść.
Drogi, których powinienem unikać.
Zakreślał palcem zakręty, jakby znał każdy kamień, który tam leży.
Mówił pewnie.
179

Rysa

Zauważyłem ją przypadkiem.
Na starym stole.
W miejscu, którego nikt normalnie nie ogląda.
Mała rysa.
Prawie niewidoczna.
Przesunąłem po niej palcem i nagle przypomniałem sobie dzień, w którym powstała.
Zwykły dzień.
Jeden z tych, które mijają bez zapowiedzi, że kiedyś będą ważne.
Wtedy wydawała mi się uszkodzeniem.
178

Cudzy płaszcz

Zauważyłem to dopiero wieczorem.
Kiedy wróciłem do domu i chciałem go odwiesić.
Płaszcz.
Wisiał na moich ramionach cały dzień.
Chodziłem w nim po ulicach.
Rozmawiałem z ludźmi.
Załatwiałem sprawy.
Dopiero w ciszy mieszkania zobaczyłem, że coś się nie zgadza.
Nie był mój.
177

Później

Znalazłem je zapisane wszędzie.
W kalendarzu.
W notatkach.
W rozmowach z ludźmi.
Nawet w swoich własnych myślach.
Jedno krótkie słowo.
Później.
Kiedy będzie więcej czasu.
Kiedy wszystko się uspokoi.
176

Nie moje słowa

Zauważyłem to przypadkiem.
W środku zwykłej rozmowy.
Powiedziałem zdanie i nagle zamilkłem.
Nie dlatego, że było ważne.
Nie dlatego, że ktoś zwrócił na nie uwagę.
Po prostu przez chwilę miałem dziwne wrażenie, że już kiedyś je słyszałem.
Tylko nie moim głosem.
Uśmiechnąłem się tak, jak uśmiechał się ktoś, kogo od lat nie widziałem.
Użyłem słowa, którego sam nigdy bym nie wymyślił.
175

Stary adres

List przyszedł rano.
Leżał na stole między zwykłymi rzeczami.
Kluczami.
Kubkiem po kawie.
Planami na kolejny dzień.
Na początku nawet nie zwróciłem uwagi.
Dopiero później zobaczyłem adres.
Był mój.
A jednak już dawno tam nie mieszkałem.
174

Jeszcze raz

Usiadłem przy biurku późnym wieczorem.
W pokoju było już cicho.
Tak cicho, że słychać było pracę starego zegara i szelest kartek, które przesuwałem z miejsca na miejsce.
Porządkowałem rzeczy.
Nie pierwszy raz.
Człowiek czasem sprząta szuflady tylko dlatego, że nie wie, jak uporządkować coś zupełnie innego.
Wyrzucałem stare notatki.
Kartki z błędami.
Zapiski, które dawno straciły znaczenie.
173

Witraż

Wszedłem do katedry, kiedy jeszcze spała.
Nie było muzyki.
Nie było głosów.
Nie było ludzi, którzy zatrzymują się na chwilę, robią zdjęcie i odchodzą, przekonani, że zobaczyli wszystko.
Była tylko cisza.
Kamienne ściany zdawały się pamiętać więcej modlitw, niż człowiek potrafił wypowiedzieć przez całe życie.
Szedłem powoli.
Patrzyłem na sklepienia, stare ławki, ślady dłoni pozostawione na drewnie przez tych, których imion nikt już nie znał.
A potem zobaczyłem witraż.
172

Lista imion

Telefon leżał na stole.
Ekran co kilka minut rozświetlał ciemność pokoju, jakby próbował udowodnić, że jeszcze ktoś tam jest.
Przychodziły wiadomości.
Promocje.
Powiadomienia.
Przypomnienia rzeczy, których nikt naprawdę nie potrzebował.
Świat nadal pukał.
Tylko nie pytał.
Za oknem powoli gasły kolejne mieszkania. Jedno po drugim. Małe kwadraty światła znikały w wielkiej ścianie budynku.
171

Ostatnie światło

Miasto zasnęło później niż człowiek.
Za oknem tysiące małych świateł nadal udawało życie. Migające ekrany, niebieskie odbicia na twarzach, palce przesuwające obrazy szybciej, niż serce potrafiło je zapamiętać.
Na przystanku siedział mężczyzna.
Nie czekał już na autobus.
Ostatni odjechał kilkanaście minut wcześniej.
Mimo to został.
W dłoni trzymał telefon, który co chwilę rozświetlał jego twarz. Wiadomości przychodziły jedna po drugiej. Świat mówił bez przerwy.
Ktoś gdzieś krzyczał.
Ktoś coś sprzedawał.
170

Topografia trwogi

Odsłuchaj wiersz Tekst czyta bp Robert
Nie pytaj, gdzie rodzi się trwoga.
Nie ma miejsca.
Ma jedynie głębię.
Nie przychodzi z zewnątrz.
Jest cieniem, który pojawia się w tej samej chwili,
w której byt usiłuje ujrzeć własne oblicze
poza Spojrzeniem, z którego nieustannie wypływa.
Dlatego nie każda ciemność jest brakiem światła.
Istnieje ciemność oślepiona nadmiarem własnej jasności.
169

Hipoteza lęku

Lęk nie jest przeciwieństwem odwagi.
Jest pamięcią bytu, który zapomniał, dlaczego został powołany.
Dlatego nie rodzi się w ciemności.
Ciemność jedynie odsłania jego wcześniejszą obecność.
Najgłębsze pęknięcia nie przebiegają przez historię.
Przebiegają przez wnętrze istnienia, tam, gdzie świadomość usiłuje utrzymać siebie bez własnego początku.
Od tej chwili wszystko staje się kruche.
Czas zaczyna pożerać znaczenia.
Przestrzeń traci kierunek.
168

Aksjomat

Istnieje taki rodzaj drżenia, którego nie wywołuje ani czas, ani śmierć.
Powstaje ono dopiero wtedy, gdy byt zaczyna wyjaśniać siebie bez Tego, który jest wcześniejszy od wszelkiego wyjaśnienia.
Od tej chwili rozum nie przestaje pracować.
Lecz coraz rzadziej poznaje.
Myśl obrasta własnymi przypisami, aż w końcu komentarz zastępuje rzeczywistość.
Dlatego człowiek łatwiej wierzy w definicję prawdy niż w prawdę, która nie potrzebuje definicji.
Największy lęk nie jest więc strachem przed utratą życia.
Jest możliwością, że można przeżyć całe życie i nigdy nie zbliżyć się do własnego początku.
167

Strona ciszy

Cisza czekała na mnie dłużej niż wszystkie moje pytania.
Nie stała na końcu drogi. Była przy każdym kroku, lecz zagłuszałem ją własnym głosem.
Znała imię każdego mojego lęku, choć nigdy go nie wypowiedziała. Pamiętała wszystkie miejsca, z których odchodziłem, i wszystkie drzwi, których bałem się otworzyć.
To ona widziała, jak człowiek potrafi zgubić siebie pośród tłumu własnych słów.
Nie osądzała.
Była jak otwarte okno, przez które wieczność zagląda do ludzkiego serca.
Dopiero wtedy odkryłem, że milczenie nie jest końcem rozmowy.
Jest chwilą, w której pierwszy raz mówi prawda.
Bo słowa często rodzą się z pragnienia, aby zostać usłyszanym.
166

Najtrudniejsza rozmowa

Nie przyszła wraz ze słowami.
Przyszła wtedy, gdy ucichło wszystko, czym przez lata zagłuszałem własne sumienie. Cisza usiadła naprzeciw mnie z cierpliwością kogoś, kto nigdy nie odszedł, choć ja nieustannie odwracałem wzrok.
Długo sądziłem, że najbardziej boję się Boga. Dopiero później odkryłem, że bałem się prawdy o sobie, ponieważ ona nie potrzebuje oskarżeń. Wystarczy jej światło. Ono nie krzywdzi, lecz odbiera wszystkie złudzenia, za którymi człowiek ukrywa własne serce.
Kiedy odważyłem się spojrzeć głębiej, nie zobaczyłem przede mną sędziego. Zobaczyłem Ojca, który nie pytał, dlaczego tyle razy odchodziłem. Pytał jedynie, czy jestem już zmęczony drogami prowadzącymi donikąd.
W tamtej chwili zrozumiałem, że największe rany nie powstają z powodu popełnionego zła. Rodzą się wtedy, gdy zabrakło dobra, które mogło zostać ofiarowane drugiemu człowiekowi.
Najtrudniejsza rozmowa nie odbywa się pomiędzy ludźmi. Nie rozgrywa się nawet pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje uciekać przed własnym sercem i pozwala, aby prawda wypowiedziała jego imię.
A wtedy cisza przestaje być pustką. Staje się miejscem, w którym po raz pierwszy naprawdę można usłyszeć Boga.
165

Drzwi

Wieczór wrócił przede mną.
Na klatce schodowej pachniało deszczem i starym drewnem. W dłoni obracałem klucz, jak robiłem to tysiące razy wcześniej, a jednak tego dnia nie potrafiłem wsunąć go do zamka.
Stałem.
Za drzwiami było moje mieszkanie.
Mój stół.
Moje książki.
Moje życie.
A jednak czułem, jakbym miał wejść do domu zupełnie obcego człowieka.
Długo patrzyłem na klamkę.
164

Najtrudniejsza modlitwa

Najtrudniej
nie jest uwierzyć w Boga.
Najtrudniej
uwierzyć,
że On wciąż patrzy z miłością
na człowieka,
który nie rozumie własnego życia.
Są noce,
kiedy wspomnienia
163

Na końcu zostanie miłość

Przyjdzie dzień,
w którym ucichną wszystkie spory.
Nie będzie miało znaczenia,
ile zgromadziliśmy.
Ilu ludzi nas podziwiało.
Jak wysoko udało się wejść.
Pozostanie jedno pytanie.
Czy byliśmy światłem
dla choć jednego człowieka.
162

Jeszcze nie wszystko zostało powiedziane

Nie uwierzę,
że człowiek został stworzony
jedynie po to,
aby się spieszyć,
zdobywać,
przegrywać
i odchodzić.
Jest w nas coś większego.
Coś,
161

Światło nie pyta

Nie każdy świt
rodzi się nad spokojnym morzem.
Najpiękniejsze poranki
przychodzą po nocach,
w których człowiek był pewien,
że już nie doczeka światła.
Tak właśnie działa Bóg.
Nie zawsze ucisza burzę.
Częściej
160

Tam, gdzie zaczyna się cisza

Nie pamiętam chwili,
w której wszystko zaczęło mówić ciszą.
To nie wydarza się nagle.
Najpierw świat
przestaje zadawać pytania.
Potem człowiek
coraz rzadziej odpowiada sam sobie.
Aż pewnego dnia
budzi się we własnym życiu
159

Najgłośniej boli cisza

Nie pamiętam dnia,
w którym świat nagle zamilkł.
To nie dzieje się jednego poranka.
Najpierw przestają przychodzić pytania.
Potem rozmowy stają się krótsze.
Aż w końcu człowiek odkrywa,
że można zniknąć,
nie odchodząc nigdzie.
Telefon leży na stole
158

Pokolenie nieustannego pośpiechu

Miasto budzi się wcześniej niż słońce.
Światła zapalają się jeszcze przed świtem.
Pociągi przecinają ciemność.
Ulice napełniają się krokami.
Jakby wszyscy dokądś zdążali.
Jakby gdzieś czekało życie.
Patrzę czasem na ludzi.
Niosą kubki gorącej kawy.
Telefony.
157

Światło w oknach

Wieczorem miasto staje się inną opowieścią.
Gasną witryny.
Milkną ulice.
Niebo powoli zamyka dzień.
A wtedy zaczynają świecić okna.
Setki.
Tysiące.
Małe prostokąty światła zawieszone nad ciemnością.
Patrzę na nie czasem z daleka.
156

Pragnienie chłodu

Dni stoją nieruchomo nad miastem
jak rozgrzane blachy dachów.
Powietrze nie płynie.
Wisi.
Drzewa wyglądają tak,
jakby modliły się o wiatr.
Ludzie uciekają w cień,
lecz nie potrafią ukryć serca.
Bo nie tylko asfalt pęka od gorąca.
155

Ojcze nasz

OJCZE NASZ...
Tak zaczynam modlitwę,
a przecież nie zawsze czuję się synem.
Noszę w sobie wspomnienia, których nie potrafię całkiem zapomnieć.
Niektóre uczą wdzięczności.
Inne pokory.
A niektóre nadal czekają na uzdrowienie.
Pamiętam słowa, których nie powinienem był wypowiedzieć.
Pamiętam ludzi, których powinienem był kochać bardziej.
155

Czego szukam

Nie powiem, że jestem silny.
Zbyt wiele razy milczałem, gdy serce wołało o ratunek.
Zbyt często udawałem spokój, choć w środku wszystko drżało.
Noszę w sobie miejsca niedokończone.
Rozmowy, których zabrakło.
Drogi, na które nie starczyło odwagi.
Czasem myślę, że człowiek całe życie uczy się jednego słowa:
„potrzebuję”.
Potrzebuję światła, gdy dzień gaśnie zbyt szybko.
153

Krzyż nie należy do Cezara

Są ludzie, którzy podnoszą krzyż wysoko ponad tłum,
tak wysoko,
że wszyscy mogą go zobaczyć,
lecz tak daleko od własnego serca,
że nigdy nie słyszą jego milczenia.
Niosą go przez place.
Pokazują przed kamerami.
Umieszczają na sztandarach.
Wypowiadają jego imię w przemówieniach.
152

Ciemność

W noc bez gwiazd,
gdy nawet echo traciło odwagę,
zgasłem w sobie
jak dom, w którym nikt już nie woła imienia.
Ściany milczały.
Imię Boga było jak kamień w ustach.
Nie ciężar bluźnierstwa,
lecz ciężar ciszy.
Miłość nie płonęła już jasnym ogniem.
151

Czas

Był czas, który oddychał we mnie cicho,
jak pokój zamknięty na stary klucz.
Zostawił ślady na dłoniach,
nauczył milczenia.
Jest czas, który patrzy mi w oczy.
Nie pyta o zgodę.
Pulsuje w krwi, w myśli,
żąda uwagi teraz.
Idzie czas, którego jeszcze nie znam.
150

Szukając Boga

Szukam Boga tam, gdzie ręce są puste.
Nie w świetle, lecz w jego braku.
W nocy, która nie obiecuje poranka,
a mimo to trwa.
Jest jak ogień, który nie grzeje,
jak głos, który milczy zbyt długo.
Wołam Go i nie odpowiada.
To milczenie waży więcej niż słowa.
Był, zanim nauczyłem się ufać.
149

Cicha prawda Betlejem

W tę noc, gdy ziemia słucha, a niebo nie krzyczy,
rodzi się Światło w miejscu, gdzie brakło miejsca.
Słoma szepcze pod dłonią, oddech zwierząt grzeje,
a w ciszy rośnie sens, co nie szuka oklasku.
Oczekiwanie boli, bo uczy wolno.
Jak ziarno, co w mroku milczy, a jednak pracuje.
Tak serce, gdy nie widzi, trzyma się obietnicy
i nie puszcza jej, choć ręce drżą.
Prawda nie wchodzi z hukiem.
148

Czas Adwentu

Ziemia oddycha ciszą
jakby czekała na słowo
które wreszcie dotknie serca
Powietrze drży od modlitwy
a noc nie jest pusta
bo w jej wnętrzu dojrzewa światło
Człowiek idzie w ciemności
i pyta czy wiara to jeszcze jego droga
czy tylko echo dawnych dni
147

18 milionów

Mówią
że w tym domu nikt nie chodzi głodny
bo okna świecą do późna
a klamki są ciepłe od dłoni gości
W kuchni wisi zegar bez wskazówek
czas stoi jak zupa na gazie
którego nikt nie odkręcił
Na stole pusty talerz
głęboki jak obietnica obiadu
146

Nie na sprzedaż

W głębi dzielnicy, gdzie cegła dawno zapomniała kolor,
stoi hala jak zatrzymane westchnienie.
Światło sączy się wysoko, z mlecznych szyb,
osiada na pudłach, na kurzu, na ciszy,
na twarzach, których nikt tu nie przynosi.
Pośrodku alei regałów rząd za rzędem
stoją skrzynie, szare jak noc po burzy.
Na każdej czarny tusz, twardy stempel,
napis prosty jak przykazanie
145

Szukałeś Go wszędzie

Szukałeś Go wszędzie
w dzieciństwie w kościele pachnącym świecą,
w oczach babci,
co szeptała modlitwy, jakby chciała
uciszyć ból w ciszy.
Potem w mieście,
w bramach po nocnych powrotach,
na ekranach telefonów,
w muzyce, która dudniła tak mocno,
144

Jedność na bruku miast

Na szczycie szkła, w salach z marmuru,
mówią o jedności.
Światło z reflektorów barwi ich w biel,
a na bruku niżej
brat z inną modlitwą niesie ten sam ból.
Mówią: porozmawiajmy.
Mówią: komisja, dokument, ustalenia.
A Ty, Chryste, milczysz
i pokazujesz dłonie,
143

Nieobecny

Nieobecny jak światło we mgle,
jesteś, choć wzrok nie potrafi Cię uchwycić.
Jak cień, który idzie za człowiekiem,
nawet gdy on nie wie, dokąd zmierza.
Twoje milczenie ma zapach deszczu,
który spada i niknie, zanim dotknie ziemi.
W tej chwili zawieszonej między dniem a nocą
uczę się widzieć bez oczu,
słuchać bez dźwięku,
142

Tęsknota

Nie potrafię Cię nazwać, a jednak wszystko krzyczy Twoim imieniem.
Każda myśl, każdy ruch serca, każdy oddech
ciągnie się ku Tobie jak cień ku światłu,
którego nie widać, ale bez którego wszystko tonie w nicości.
Człowiek rodzi się z brakiem w środku.
Z dziurą, której nie wypełni żadne słowo, żadne ciało, żaden sens.
Ten brak to Ty, ukryty w pustce, która boli bardziej niż śmierć.
Bo śmierć kończy, a tęsknota trwa, żarzy się pod skórą, pali duszę od wewnątrz.
Patrzę na świat i wszystko wydaje się tylko odbiciem
141

Ślady w popiele

Idę przez czas jak przez pustynię,
wiatr przynosi głosy, które nie są Twoje.
Nawet modlitwa stała się sucha jak piach,
a jednak idę, bo pamiętam, że byłeś,
choćby w jednym tchnieniu dnia,
który pachniał obietnicą.
Czasem myślę, że zostawiłeś ślady w popiele,
a ja próbuję je odczytać jak znaki.
Każda łza jest literą, każde milczenie słowem,
140

Nieobecny

Codzienność jest jak zamknięta księga,
a ja szukam między stronami śladu Twojego imienia.
Każdy dzień przewracam ostrożnie,
żeby nie uronić wspomnienia Twojej obecności,
która była kiedyś jak oddech,
a teraz jest tylko cieniem.
W nocy otwieram oczy i patrzę w ciemność,
tam, gdzie mogłoby być Twoje światło.
Czasem czuję, że jesteś tak blisko,
139

W stronę światła

Czasem idę wbrew sobie,
bo wiem, że tylko w drodze można Cię spotkać.
Choćbym miał błądzić po omacku
i upadać sto razy,
każdy upadek jest jak pytanie,
na które odpowiadasz ciszą.
Twoje milczenie jest jak lustro.
Widzę w nim wszystko, co ukryłem:
lęk, pychę, pragnienie sensu,
138

Powrót

Wracam tą samą drogą,
lecz ziemia pod stopami jest inna.
Nie dlatego, że świat się zmienił,
ale dlatego, że serce nauczyło się słuchać.
Tęsknota, która ciążyła jak kamień,
stała się wodą, która prowadzi.
Cisza, która bolała jak brak,
okazała się Twoim oddechem.
Światło, które znikało o świcie,
137

Pięćdziesiąty siódmy dzień stworzenia

Niektóre dni nie są tylko wspomnieniem narodzin,
ale dotknięciem wieczności.
Czas nie zatrzymuje się po to, by liczyć lata,
lecz by pozwolić duszy usłyszeć własne echo.
W tym miejscu, gdzie przeszłość spotyka się z tym, co jeszcze nie przyszło,
rodzi się wdzięczność.
Nie za to, co było,
lecz za to, że wciąż trwa obecność.
Bóg nie zapisuje naszych lat w księdze czasu.
136

Czas zatrzymania

Są chwile, gdy świat zwalnia, choć nikt nie dotknął zegara.
Jakby samo niebo wstrzymało oddech, by coś w nas mogło się narodzić na nowo.
Urodziny nie są tylko datą.
Są miejscem w czasie, w którym Bóg staje naprzeciw człowieka i mówi:
„Zobacz, jeszcze jesteś. Jeszcze możesz.”
Czas zatrzymania nie jest bezruchem.
To przestrzeń, w której dusza odzyskuje wzrok.
Gdzie nie mierzy się dni, lecz głębię istnienia.
Gdzie każdy oddech jest modlitwą,
135

W sercu ciszy

Ziemia zamilkła,
jakby wszystko czekało na Twoje słowo.
Ale Ty nie przemówiłeś.
I wtedy zrozumiałem, że milczenie
jest Twoim językiem.
Nie wołam już, nie proszę.
Słucham.
Bo cisza, która została,
nie jest pustką, lecz pełnią.
134

Pokój

Nie spadł z nieba.
Nie był darem łatwego porządku.
Przyszedł jak rosa po nocy bólu,
jak ciepło, które rodzi się z wewnętrznego ognia.
Zrozumiałem, że pokój nie jest ucieczką.
Jest wejściem głębiej w samo serce burzy.
Tam, gdzie wiatr rozdziera i łzy nie mają sensu,
tam właśnie Ty mówisz: Jestem.
To nie świat się uspokoił,
133

Twarz w świetle

Zobaczyłem Twoje oblicze w oczach człowieka,
którego nikt nie zauważa.
Nie miał nic, a jednak niósł w sobie
światło, które nie gasło w żadnym cieniu.
Zrozumiałem, że chwała nie jest daleka.
Nie trzeba jej szukać w wizjach ani cudach.
Ona mieszka w twarzy, która kocha bez rachunku.
Tam dotknąłeś mnie najmocniej,
w zwyczajnym spojrzeniu,
132

Przemienienie

Wszedłeś w moje wnętrze jak światło w źrenicę,
cicho, bez błysku, bez triumfu.
Niebo nie spadło, lecz otworzyło się od środka.
Świat, który znałem, pękł w ciszy,
a w tym pęknięciu zamieszkałeś Ty.
Nie odjąłeś bólu, nie usunąłeś ciemności.
Zamiast tego sprawiłeś,
że stała się przezroczysta.
Każda rana zaczęła świecić,
131

Poranek, który nie ma końca

Cisza jeszcze trwa,
a już czuć drżenie ziemi.
Jakby każde źdźbło, każdy kamień
wiedziały, że coś się budzi.
Nie widać słońca,
ale światło już jest.
Wnika w pęknięcia serca,
w najmniejsze rany,
w to, co człowiek wstydzi się pokazać.
130

Zmartwychwstanie

Nie powstałem z mocy, lecz ze słabości.
Nie z triumfu, lecz z ciszy,
która zapadła po krzyku.
Wszystko, co było we mnie twarde, pękło.
Z prochu wyszło tchnienie,
nie moje, lecz Twoje.
Świat jeszcze śpi,
a we mnie już wstaje świt.
Nie ten zmysłowy, ale wewnętrzny,
129

Ślad na wodzie

Przeszedłeś, Panie, i nie zatrzymałeś się.
Woda poruszyła się w Twoim imieniu,
i w tym drżeniu pozostało wszystko.
Nie ma Cię w tym, co trwa.
Jesteś w chwili, która znika,
w dotyku, który nie zatrzymuje,
w oddechu, co ulatuje,
a jednak zostawia sens.
Naucz mnie widzieć w znikaniu Twoją obecność.
128

https://mysli.moj-kosciol.pl/wiersze/#:~:text=kt%C3%B3rej%20jeste%C5%9B%20Ty.-,Noc%20wiary,-RM

Boże, noc jest Twoim oddechem.
W niej ukrywasz ogień, którego nie widać.
Wszystko gaśnie, a jednak trwa,
jak żar pod popiołem, który czeka na Twój szept.
Ciemność drży od Twojej obecności,
choć wydaje się martwa.
Niebo milczy, a jednak w tym milczeniu
rodzi się słowo głębsze niż dźwięk.
Trwam, choć nic nie czuję.
127

W świetle poranka

Poranek rodzi się z ciszy,
jak modlitwa, której nikt nie wypowiedział.
Powietrze drży łagodnie,
i wszystko w nim ma Twoje imię.
Kropla rosy lśni jak obietnica,
która czeka, by w nią uwierzyć.
W źdźble trawy widzę znak krzyża,
choć nikt go nie wyrył dłutem.
Każdy kamień jest świadkiem,
126

Moje miasto

Miasto, które oddycha popiołem i światłem,
którego serce bije w rytmie kroków spóźnionych.
Każdy bruk pamięta twarze, które milczały,
gdy Bóg przechodził w dymie i nie zawołał po imieniu.
W oknach nocą drżą modlitwy,
nie wypowiedziane, a jednak słyszalne.
Tu nawet cisza nosi krzyż,
a każdy mur ma w sobie echo serca.
Ludzie idą, jakby szukali nieba
125

Kana

Woda była czysta jak oczy dziecka,
nikt nie wiedział, że już drży w niej ogień.
Kamień milczał, lecz słyszał modlitwę,
która nie była słowem, lecz tchnieniem.
Jeszcze nie czas, powiedział,
a jednak serce Boga przyspieszyło jak tętno młodzieńca,
który widzi łzy Matki.
Kamienie czuły ciężar wieków,
a On je przemienił w źródło radości.
124

Jestem chwastem

Jestem chwastem.
Tak mnie nazwali ci, co mówią o czystości ziemi,
a nie widzą, że ich własne serca dawno porosły trawą nienawiści.
Ich głosy szły nad tłumem
jak echo dawnych krzyków,
gdy człowiek był mierzony krwią, nazwiskiem i strachem.
Ich słowa dymią.
Napalm, który chcą lać na innych,
pali ich samych od środka.
123

Między stacjami

W pociągu nocnym światło drży,
a ludzie śpią jak aniołowie bez skrzydeł.
Każdy z nich niesie w sobie miasto,
którego nigdy nie zobaczę,
a jednak czuję jego oddech.
Za szybą przewija się świat
jak wstęga pamięci.
Las, rzeka, wiatr,
a w tym wszystkim
122

Ludzie, których nosi wiatr

Spotykam twarze, które trwają chwilę,
jak liście na wietrze.
Słowa, które się rozpływają,
a jednak zapadają głęboko,
jak deszcz w ziemię.
Czasem ktoś uśmiechnie się niepewnie,
jakby wiedział, że to ostatnie spotkanie.
Nie mówimy nic,
tylko cisza oddycha za nas,
121

Światło w przejściu

Idziemy wśród ludzi,
jak wśród stacji, których nazwy znikają.
Każdy krok jest jak zdanie wypowiedziane w pół słowa,
a mimo to niesie sens,
którego nie zdołamy nazwać.
W pociągu siedzi kobieta,
z dłońmi jak mapa minionych dni.
Obok chłopiec patrzy w szybę,
jakby chciał zobaczyć w niej samego siebie,
120

Łatwopalni

Nie ma już zimna w tym świecie.
Zostały tylko iskry.
Dotyk, który rani.
Słowa, które palą jak benzyna.
Idziemy przez dni
z płomieniem pod skórą.
Nie umiemy kochać na pół.
Nie potrafimy wierzyć bez bólu.
Patrz.
119

Ciało, które pamięta Boga

Ciało nie jest grzechem.
Jest pamięcią dotyku, którym Bóg uformował świat.
Każda istota nosi w sobie echo tamtego tchnienia,
które obudziło glinę w puls.
Miłość nie zaczyna się w pożądaniu,
lecz w pragnieniu bycia poznanym do końca.
Nie tylko w ciele, ale w istnieniu.
Nie tylko przez drugiego, ale przez Tego, który stworzył pragnienie.
Seks nie jest przeciwieństwem świętości,
118

Pieśń, która pozostała

Po grzechu człowiek ukrył się w nagości,
ale Bóg nie odwrócił wzroku.
To my nazwaliśmy wstyd tym,
co miało być świątynią.
Ciało jest bramą, nie przekleństwem.
Tam, gdzie krew i tchnienie splatają się w rytmie,
Bóg zostawił swoją muzykę.
Dlatego pragnienie nie jest hałasem,
ale pamięcią raju.
117

Zgubieni

Nie wiemy już, dokąd iść.
Drogi splatają się jak druty w starym radiu,
słychać tylko szum, przesterowane echo dawnych pieśni.
Kiedyś prowadziły nas gwiazdy,
teraz świecą ekrany, a niebo milczy.
Zgubiliśmy prostotę ruchu,
spokój kamienia, który wie, że trwa.
Biegniemy, choć nikt nie goni,
uciekamy, choć nie wiemy przed kim.
116

Ci, którzy zapomnieli języka światła

Zgubiliśmy słowa, które mówiły prawdę.
Zostały tylko dźwięki odbijające się od ścian.
Niebo jest blisko, lecz nie rozumiemy jego mowy,
bo alfabet światła wyszedł z użycia.
Nie umiemy już słuchać wiatru,
ani czytać deszczu, który spada jak proroctwo.
Zatraciliśmy spojrzenie, które rozumiało kolory,
i dotyk, który wiedział, że życie jest święte.
Zbudowaliśmy świat bez ciszy,
115

Niebo było bliżej

Nie wracam, bo znalazłem drogę.
Wracam, bo przestałem uciekać.
Ścieżka była zawsze tam, gdzie moje kroki,
tylko serce błądziło w innym kierunku.
Długo myślałem, że Bóg jest daleko,
że czeka na końcu jak nagroda za wytrwałość.
A On szedł ze mną w ciszy,
w kurzu i zmęczeniu dni,
w spojrzeniach ludzi, których mijałem obojętnie.
114

Z ognia i tchnienia

Nie z próżni przyszłyście, lecz z płomienia pragnień,
z tchu co drży jak struna w boskim gardle,
z nocy co szeptała, nie ma życia, a jednak w niej zakwitło
ziarno światła niewypowiedzianego imienia.
O wy, zrodzone z westchnień i błysków,
z rąk co drżały jak święte skrzydła Stwórcy,
z ognia uczonego czułością,
z łez, które stały się wodą chrztu w ukryciu.
Ciało wasze jak wosk przyjmujący światło
113

Strona chmur

Niebo drży jak struna stwórczej pieśni,
chmury biegną w pośpiechu objawienia,
każda z nich niesie głos co w sercu dźwięczy,
każda pamięta pierwsze słowo cienia.
Światło igra z ich srebrem jak Duch w zaraniu,
tka im aureole, pali i koi,
a w głębi błękitu jak w świątynnym planie
spoczywa cisza, święty pokój.
Czuję jak niebo oddycha modlitwą,
112

Modlitwa ciszy

Świat jest cichy nie przez brak głosu,
lecz przez nadmiar naszych dźwięków.
Ziemia drży nie z zachwytu, lecz ze zmęczenia,
bo nawet ciszę próbujemy nagrać i sprzedać.
Ptak śpiewa, lecz ginie w szumie silnika,
dziecko płacze, ktoś ścisza powiadomienia.
Modlitwy mają mikrofony,
a serca tryb samolotowy.
Jakbyśmy bali się, że milczenie nas zdradzi,
111

Niedziela

Poranek rodzi się z popiołu tygodnia.
Mgła spływa po dachach jak resztki modlitwy.
Ziemia oddycha ciężko,
jakby pamiętała, że dziś miał być dzień inny.
Niebo zawisło wysoko,
jasne, lecz dalekie.
Jak spojrzenie, które widzi wszystko,
a wciąż nie może zostać dostrzeżone.
Cisza drży.
110

Spotkanie bez słów

Stary kościół braci
otwiera ramiona jak drzewo
którego korzenie wgryzły się w ziemię
a konary dotykają nieba.
Wchodzę w cień świętych ścian,
w ciszę która ma własny głos,
jest ciężka i miękka jednocześnie,
jakby Bóg oddychał ukryty
za każdą deską i kamieniem.
109

Morze i krzyż brzegów

Piasek jak pergamin, zapisany kroplą soli,
na nim stopy, których ślad zaraz zmyje fala,
a jednak pozostanie w pamięci ziemi.
Oto Ojczyzna, nie tylko ziemia i kamień,
ale to, co żyje między krokiem a modlitwą,
między sercem a burzą.
Szum morza, jak chóralny psalm,
uderza o brzeg z mocą, jakby wołał:
Nie zapomnij, twoje korzenie są głębsze
108

Brzeg Przymierza

Morze drży jak księga otwarta,
jego fale niosą głosy dawnych pokoleń.
Słychać w nich kroki, które przechodziły w ciemności,
jak Izrael przez rozstąpione wody,
jak pielgrzymi, którzy szukali światła
pośród burzy i rozpaczy.
Piasek zachowuje pamięć,
każde ziarnko to ślad przysięgi,
każda kropla soli to łza przelana
107

Witraż

Poranek nadchodzi jak pierwszy dzień stworzenia.
Słońce uderza w szyby i otwiera księgę barw.
Katedra zaczyna mówić.
Czerwienie przypominają o krwi,
zieleń o obietnicy życia,
błękit o niebie, które się zniża.
To wołanie proroka zaklętego w szkle.
W południe barwy stają się ostrzejsze,
jak miecz obosieczny,
106

Tajemnica Eucharystii

Na ołtarzu leży chleb,
zwyczajny, kruchy, ubogi.
Nie błyszczy złotem,
nie pachnie potęgą,
jest jak codzienność,
która zmieściła w sobie wieczność.
W dłoniach kapłana podnosi się cisza.
Ziarna, które kiedyś umarły w ziemi,
teraz żyją nowym życiem.
105

Rozdarcie

Widziałem Ciało Pana rozdarte na ołtarzach,
wielogłos krzyczących świątyń, gdzie jeden krzyż
rozpięty tysiącem ramion, a każde w inną stronę.
Z ust wychodzi Ewangelia, a brzmi jak rozłam,
słowo, co miało być mieczem prawdy,
obraca się w nóż wbity w serce Oblubienicy.
Czyż Chrystus podzielony, pyta Paweł.
Czyż Krzyż, krzyżowany raz, nie raz na zawsze.
A jednak my, głusi, wznosimy mury ze słów,
104

Źródło ukryte

Pod ziemią, w głębi,
biją wody uwięzione od wieków.
Przykryte warstwą kamieni,
uduszone przez chwasty,
zapomniane przez człowieka,
który pragnie, a nie wie,
że tuż pod stopami ma życie.
Pije więc z kałuż,
nachyla się nad brudnymi sadzawkami,
103

Grosz

Leży na ulicy,
maleńki, pominięty,
deptany przez pośpiech ludzi.
Nikt nie zwraca uwagi,
nikt nie pyta,
nikt się nie schyla.
Ale grosz nie milczy.
Woła bez słów,
oskarża jak prorok.
102

O czasie człowieka

Młodzi pragną starości,
jakby wierzyli, że mądrość rodzi się z siwych włosów.
Starzy tęsknią za młodością,
jakby zapomnieli, że ich krew kiedyś płonęła jak ogień.
Ci w połowie drogi stoją na rozstaju,
nie widzą, że czas już przechylił się w drugą stronę,
a oni wciąż grają, jakby to był dopiero początek.
Tak kręci się koło świata:
wszyscy chcą być kimś innym,
101

O śmierci

Śmierć to rzeka,
która płynie między światłem a cieniem.
Każdy musi w nią wejść,
choć nikt nie zna głębi.
Dla jednych jest ciemnością,
dla innych wejściem do świtu.
Dla jednych strachem,
dla innych objęciem Ojca.
Śmierć obnaża wszystko:
100

Modlitwa złamana

Noc Getsemani wciąż trwa.
Modlitwa Chrystusa unosi się jak ogień w powietrzu,
a ziemia drży, jakby nie mogła jej unieść.
On prosi o jedność, a my, dzieci rozproszenia,
rozrywamy tę prośbę na strzępy słów i murów.
Jakbyśmy pili Jego krew, a wypluwali ciało,
jakbyśmy nosili Jego imię, a zdradzali twarz.
Aby byli jedno, woła wciąż Ukrzyżowany,
a echo tej prośby rozbija się o nasze mury.
099

Narodziny

Narodziny to płomień rozpalony w ciemności.
Dłonie matki stają się świątynią,
a łono staje się ołtarzem,
na którym Bóg składa obietnicę przyszłości.
Ojciec czuwa obok jak strażnik,
z drżeniem w sercu,
z bezradnością i siłą zarazem.
Jego obecność staje się murem,
za którym rodzi się życie.
098

Pustynia serca

Pustynia nie jest tylko piaskiem.
Pustynia to droga, na której człowiek zostaje sam
z własnym głosem,
z własnym głodem,
z własnym sercem.
Na pustyni znikają złudzenia.
Nie ma cienia, za którym można się ukryć,
nie ma wody, która by oszukała pragnienie.
Na pustyni wychodzi na jaw prawda,
097

Dom w pamięci

W zakamarkach serca stoją pokoje,
pełne głosów, które już ucichły,
pełne twarzy, które zniknęły w czasie,
a jednak wciąż spoglądają na nas z ukrycia.
Są miejsca, do których wracamy w nocy,
w snach pachnących chlebem,
w cieniach rozmów,
w świetle poranków dawno minionych.
Tam życie splata się w opowieść,
096

O chlebie

Chleb towarzyszy nam od początku,
kładziemy go na stole jak znak życia,
łamany dzieli się łatwo,
a jednak kryje w sobie trud ziemi,
pot oracza, dłonie piekarza,
ogień pieca, co spaja ziaren tysiące.
Jadłem go z wielu piekarni,
każdy miał inny smak i ciężar,
czasem pachniał świeżością poranka,
095

O ciszy

Cisza nie jest pustką,
choć tak często boimy się jej dotknąć,
jakby w jej wnętrzu czaiła się nicość.
A jednak cisza to przestrzeń,
gdzie serce słyszy więcej
niż w tysiącu słów i hałasu.
Cisza jest oddechem Boga,
jest cieniem Jego obecności,
jest tłem, na którym rozbrzmiewa
094

O modlitwie

Modlitwa rodzi się w ciszy serca,
jest oddechem, który nie gaśnie,
jest światłem, które przenika noc,
jest szeptem duszy, który dosięga nieba.
Czasem płynie jak rzeka spokojna,
pełna wdzięczności i pokoju,
a czasem jest krzykiem, co rozdziera niebo,
gdy serce nie znajduje odpowiedzi.
Modlitwa nie jest tylko słowem,
093

O drodze

Droga wije się przez nasze życie,
raz szeroka jak pole, raz ciasna jak ścieżka w lesie,
pachnie kurzem i deszczem,
smakuje potem i łzami,
prowadzi przez doliny i wzgórza,
a jej kres zawsze ukryty jest za horyzontem.
Droga uczy nas cierpliwości,
każdy krok staje się modlitwą,
każde zatrzymanie – pytaniem,
092

O czasie

Czas płynie jak rzeka, która nie zna cofnięcia,
jego fale niosą nas wciąż dalej,
a każdy dzień, gdy gaśnie, rozpada się w dłoniach
jak okruch szkła, jak proch, jak wspomnienie.
Czas jest oddechem, który ulatuje,
jest cieniem, który się wydłuża,
jest zegarem bijącym w sercu,
a każdy uderza jak przypomnienie,
że to, co dziś, już nigdy nie wróci.
091

O Bogu

Bóg jest jak ocean bez brzegu,
ciągle większy niż nasze spojrzenie,
ciągle głębszy niż nasze pytania,
ciągle bliższy niż oddech w piersi.
Jest ciszą, która obejmuje krzyk,
jest światłem, które nie zna zmierzchu,
jest ogniem, który płonie w sercu,
a nie spala lecz ożywia.
Bóg jest początkiem, którego nie pojmujemy,
090

O nas

Jesteśmy jak gwiazdy w jednej konstelacji,
każda osobna, a jednak rysująca wspólny znak na niebie.
Jesteśmy jak drzewa w jednym lesie,
korzenie splątane pod ziemią,
choć pnie stoją daleko.
Niesiemy w sobie radość i cień,
miłość i ranę,
krzyk i ciszę.
Każdy z nas jest pojedynczą iskrą,
089

Kim jesteśmy

Ludzie, żywe echo Stwórcy,
drżenie Jego głosu w sercach,
tajemnica światła w ciele,
które pamięta proch, a pragnie nieba.
Nasze dłonie, kruche, poranione,
budują domy,
niosą chleb,
a czasem ranią,
czasem gaszą płomień w drugim sercu.
088

Tchnienie początku

Zanim zapłonęły gwiazdy,
była cisza jak oddech Boga,
który jeszcze nie wypowiedział imienia światła.
Z tej ciszy powstał ruch,
z ruchu płomień,
a z płomienia pierwszy szept życia.
Nie było formy, lecz była miłość,
która szukała kształtu,
aby móc się podarować.
087

Wiosenne wezbranie

Wiosna - pierwsze tchnienie ziemi,
pęka lód,
pęka cisza,
z wnętrza ziemi wytryskuje zielony szept,
aż całe stworzenie drży jak struna
naciągnięta nowym życiem.
Słońce - rozchylone oko światła -
rozsyła promienie jak strzały,
rozpala wodę w strumieniach,
086

Zimowa cisza

Zima - srebrny płaszcz ziemi,
rozpostarty aż po horyzont,
każdy krok chrzęści,
jakby świat był szkłem,
a człowiek - wędrowcem po królestwie kryształu.
Niebo - blade, ciężkie,
przygarnia słońce, które ledwie się żarzy,
jak lampa za matowym szkłem.
Światło - skąpe, lecz ostre -
085

Jesienna chwała

Jesień - ogień drzew,
które płoną bez popiołu,
ich liście spadają jak iskry,
rozsypują się w ścieżkach, w ogrodach,
a ziemia przyjmuje je
jak hostię barw.
Niebo - stłumione, cięższe,
przeciera się smugami dymu,
jakby aniołowie kadzili pola
084

Letnia pełnia

Lato - rozpalone serce ziemi,
bębni w kłosach, w liściach, w owadach,
rozsiewa płomienie światła
na każdej trawie,
na każdym drzewie dźwigającym się
ku żarowi nieba.
Słońce - rozciągnięte skrzydło ognia -
przelewa się przez horyzont,
gasi cienie, a każdą kroplę potu
083

Okiennice światła

Przychodzi jak mgła -
cicho, niespodzianie,
osnuwa pamięć,
zaciera imiona, twarze, miejsca.
Czasem dzień rozpadnie się w odłamki,
słowo ucieknie z języka,
myśl rozproszy się jak ptaki spłoszone.
I zostaje cisza, ciężka,
jakby ziemia zatrzymała swój obrót.
082

Skrzydła w locie

Dwoje - a jak jedno.
Jak dwa źródła, które spotykają się w dolinie
i stają się rzeką,
co niesie wspólny nurt ku morzu.
Dwoje - a jak jedno.
Jak dwa płomienie, które w zetknięciu
nie gasną, lecz wzrastają,
tworząc światło większe niż ich suma.
Dwoje - a jak jedno.
081

Bez tytułu

Jest więź, co nie ma imienia,
a jednak splata dłonie,
jak niewidzialny most nad rzeką,
którego deski utkane są z ciszy.
Jest płomień, co nie parzy,
a jednak ogrzewa w mrozie,
i świeci w sercu, choć noc
ciągnie się jak pustynia bez końca.
Jest pieśń, co rodzi się w gardle,
080

Kapłaństwo

Kapłaństwo nie jest koroną,
choć wielu nosi je jak diadem.
Nie jest teatrem,
choć łatwo zamienić ołtarz w scenę,
a ambonę w trybunę dla własnych racji.
Kapłan, który zapomina,
że został wybrany, by służyć,
zaczyna wierzyć,
że został wybrany, by panować.
079

Déjà vu

Znów widzę to samo -
twarz, ulica, gest dłoni,
a przecież to już było,
jakby czas krążył
i karmił się moim zmęczeniem.
Déjà vu -
nie wspomnienie, lecz ostrzeżenie.
Powtarzam własne błędy,
chodzę tymi samymi drogami,
078

Mgła

Mgła wstaje z ziemi,
pełznie cicho po dachach i polach,
jakby świat chciał zakryć swoje rany.
Mgła jest zasłoną -
rozmywa kontury drzew, domów, ludzi.
Nie pozwala widzieć daleko,
więc skupiasz wzrok tuż przed stopami.
Mgła jest próbą -
uświadamia, że nie zawsze
077

Deszcz

Deszcz spada - kropla po kropli,
jakby niebo nie wytrzymało ciężaru łez.
Ulice piją go chciwie,
okna drżą pod rytmem jego pieśni.
Czasem niesie ulgę -
obmywa kurz, koi rozpalone czoło.
A czasem przygniata,
bo w każdej kropli słyszysz pytanie,
którego boisz się usłyszeć.
076

Noc

Noc otula ziemię czarnym płaszczem,
milkną ulice, gasną okna,
a cisza staje się oceanem,
w którym dryfuje twoja dusza.
Tu nie ma już zadań do wykonania,
ani twarzy do udawania.
Zostajesz sam –
ty i prawda o tobie.
Czy twoje serce odpoczywa w Bogu?
075

Wieczór

Zmęczenie kładzie się na ramionach,
jak płaszcz, którego nie można zdjąć.
Światło przygasa w oknach,
a w sercu zapala się pytanie.
Powietrze gęstnieje ciszą,
która pyta: co z tego dnia
zostało w tobie żywe?
Czy coś nakarmiło twoją duszę?
Czy tylko ciało syciło się ruchem?
074

Południe

Południe. Słońce stoi w zenicie,
świat zwalnia na chwilę,
jakby samo niebo chciało powiedzieć: „Zatrzymaj się”.
Dzwony biją, nie dla rytmu dnia,
lecz dla pamięci,
dla słowa, które stało się Ciałem.
„Anioł Pański zwiastował Maryi”
i w południowym zgiełku
rozbrzmiewa echo wieczności.
073

Poranek

Poranek - brzask, co rozcina ciemność,
nie pyta, czy chcesz - wstaje.
Światło wdziera się w zasłony,
odkrywa twarze zmęczone snem i sumieniem.
To nie tylko początek dnia -
to sąd nad wczoraj,
rachunek za słowa, które padły,
za milczenie, które bolało.
Poranek woła: „Wstań!” -
072

Radość

Radość - źródło, co bije spod skały,
strumień, co w serce wpada nagle i płynie.
Nie jest kaprysem chwili, nie błyskiem uśmiechu,
lecz światłem, które nie gaśnie, choć noc się zaczyna.
Radość to pewność: Bóg jest blisko,
że Jego ręka podtrzymuje, gdy drży ziemia.
To ciepło, które rozpala w zimnym sercu
ognisko - nie dla jednego, lecz dla wszystkich wokół.
Radość nie wyklucza łez -
071

Smutek

Smutek przychodzi bez zaproszenia –
siada obok, kładzie rękę na ramieniu,
nie pyta, czy masz siłę,
czy chcesz go słuchać.
Wypełnia pokój jak ciężki dym,
zamyka okna, gasi światło,
a ty patrzysz w sufit
i czujesz, że nawet oddech boli.
Ale smutek nie jest tylko wrogiem –
070

Fatamorgana

Na horyzoncie drży obraz -
miasto ze złota, woda dla spragnionych,
cień drzewa, co daje wytchnienie.
Ale im bliżej, tym dalej,
im szybciej biegniesz, tym bardziej uciekasz.
Fatamorgana -
nadzieja zbudowana na piasku.
Karmi oczy, a głód rośnie.
Poi wyobraźnię, a serce wysycha.
069

Klucze

Szczęk, stuk, brzęk w kieszeni - metal się zderza,
klucz do domu, do auta, do kłódki w sieni.
Lecz ach! serce skrywa dar, co nie rdzewieje -
zęby wiary, zawias nadziei, płomień miłości.
Niech nie rdzewieją! Bo Bóg je wykuł, dał, powierzył -
nie na sprzedaż, nie do zastawu pychy.
Trzymaj je, trzymaj mocno - Chrystusowe, Chrystusowe!
Bo gdy zgubisz - zatrzaśnięte, żadnych drzwi już nie otworzysz.
Klucz przebaczenia - obróć! A kajdany spadną.
068

Święto masek

Codziennie bal.
Na scenie - my wszyscy.
Przemówienia, uściski, modlitwy,
zawsze twarzą do widowni,
nigdy do siebie.
Maski uświęcamy.
Robimy im ołtarze,
wkładamy je na procesje,
chrzest, ślub, pogrzeb -
067

Nie w moim imieniu

Mówię głośno -
nie w moim imieniu leje się krew.
Nie w moim imieniu giną dzieci,
które powinny radosne biegać po ulicach,
a nie być liczone w raportach.
Nie w moim imieniu
bombardowane są szkoły i przedszkola.
Nie w moim imieniu
płoną szpitale i domy modlitwy.
066

Sprzeciw

Nie ma racji we krwi dziecka.
Nie ma sprawiedliwości we łzach matki,
która tuli ciało zimniejsze niż kamień.
Mówią: konieczność, strategia, obrona.
A ja widzę tylko kłamstwo -
pretekst obleczony w mundur,
usprawiedliwiony hymnem,
podpisany pieczęcią zgody i milczenia polityków.
Nie ma wojny sprawiedliwej,
065

Błogosławieństwa

Błogosławieni ubodzy w duchu -
a my tonąc w nadmiarze,
gromadzimy próżnię,
która waży więcej niż złoto.
Błogosławieni, którzy się smucą -
a my wypieramy łzy,
uciekamy w śmiech mechaniczny,
gdy dusza płacze po nocach.
Błogosławieni cisi -
064

Korpo-parabola

Pierwsi byli ambitni -
przybyli przed świtem,
karty dostępu już w dłoniach,
notatniki pełne planów,
spojrzenia ostre jak wykresy.
Uwierzono im,
że to na nich opiera się przyszłość.
Drudzy przyszli później -
zmęczeni, rozbici,
063

Cisza miasta

Cisza miasta – to nie brak ruchu,
nie ulice bez aut,
nie rynek pusty po zmroku.
Cisza rodzi się,
gdy twarz obok przestaje być pytaniem,
a staje się tłem.
Gdy dziecko płacze zza ściany –
wszyscy słyszą,
ale nikt nie podchodzi,
062

Droga

Droga życia nie jest prostą aleją.
Nie prowadzi w cieniu drzew, gdzie śpiewają ptaki,
ale raczej wśród piachu i pyłu –
jakby ktoś wysypał pustynię wprost pod nasze stopy.
Każdy krok boli.
Powietrze smakuje kurzem.
Słońce wypala oczy.
A ci, którzy idą obok, zamiast podać wodę,
podają szyderstwo, fanatyzm, wyrachowanie.
061

Ludzie

Każdego dnia spotykamy twarze –
jasne od radości, ściemnione troską,
pełne śmiechu i pełne łez.
Niektórzy niosą nadzieję jak lampę,
inni – pustkę jak worek bez dna.
Jedni mówią szczerze,
inni chowają prawdę w milczeniu.
A jednak każdy –
każdy – jest odbiciem tej samej tajemnicy:
060

Powołanie

Mówimy: „Pan nas powołał”.
Ale w sercu – triumf,
jakbyśmy mieli bilet do nieba,
jakbyśmy byli ważniejsi od innych.
A powołanie nie jest przepustką.
To nie złoty klucz,
ale ciężar, który trzeba nieść.
To nie prawo do stania wyżej,
ale wezwanie, by zejść niżej.
059

Panny i oliwa

Mądre nie dlatego, że miały oliwę.
Mądre – bo serce ich nie zdradziło.
Głupie nie dlatego, że zapomniały dzbana.
Głupie – bo wierzyły, że noc nigdy nie nadejdzie.
Czekanie boli.
Łatwiej spać, łatwiej uciszyć sumienie,
łatwiej udawać, że Oblubieniec się spóźnia.
Ale noc zawsze przychodzi –
nieubłagana, nagła, ostra jak miecz.
058

Dar przemilczany

Są tematy, które zamykamy w szufladach.
Tak, jakby słowo mogło spalić usta.
Tak, jakby spojrzenie miało nas zdradzić.
A jednak – w ciele płonie dar.
Nie wstyd, nie hańba,
ale dar, którego boimy się nazwać.
Mówimy: pieniądz, sukces, wolność.
Krzyczymy: patriotyzm, wiara, prawo.
A milczymy o tym, co łączy
057

Bez światła

Idą ulicami –
krok równy, spojrzenie surowe,
uniesione głowy ponad ramiona innych,
ponad ziemię, która ich nosi.
Nie słyszą szeptu cierpienia,
nie widzą dłoni wyciągniętej po chleb.
Obłoki ich pychy
zasłaniają światło dla słabszych.
Powietrze gęstnieje,
056

Bez oczu i bez serca

Wysoko unoszą głowy,
ponad ziemię, ponad twarze.
Idą, nie krokiem, lecz ucieczką,
jakby każdy oddech innego
mógł im odebrać powietrze.
Oczy zamknięte na światło,
serca zaciśnięte jak pięści.
Nie słychać w nich wołania,
bo uszy zakryte skorupą obojętności,
055

Waga złota

Nosimy zegarki, które liczą czas,
ale nie uczą, jak go wykorzystać.
Mamy konta pełne cyfr,
które nie grzeją w zimie
i nie przytulą w chorobie.
Ścigamy się o miejsca,
których nie zabierzemy ze sobą.
Wkładamy na plecy ciężary,
które przygniotą nas w grobie.
054

Skarbiec próżności

Budujemy domy większe niż serca.
Gromadzimy szafy pełne ubrań,
których nigdy nie założymy.
Zapełniamy spiżarnie,
choć głód czai się nie w brzuchu, lecz w duszy.
Kupujemy nowe,
bo stare przestaje pachnieć władzą.
Wymieniamy dobre na lepsze,
a „lepsze” na „najnowsze”.
053

Ciastko

Chcemy iść w dwa kierunki naraz.
Trzymać krzyż – i pięść.
Mieć wierność – i zdradę.
Być świętymi – i nietykalnymi grzesznikami.
Chcemy Boga, który błogosławi –
gdy robimy dobrze.
Ale też Boga, który przymyka oczy –
gdy robimy źle.
„To tylko raz” – mówimy o sobie.
052

Sędziowie bez lustra

Gdy chodzi o innych –
znamy wszystkie paragrafy.
Znamy ton głosu, który karze.
Wiemy, co godne, co niegodne,
co wolno, czego nigdy.
A gdy chodzi o nas –
wszędzie wyjątki.
Furtki w murze,
otwarte tylne drzwi.
051

Podwójne miary

Mówimy głośno: „Trzeba być wiernym”.
Na kazaniach, na forach, w rozmowach przy stole.
Słowa płyną jak sztandary, jak manifesty –
a nocą sprzedajemy własne przysięgi,
tak tanio, że aż wstyd się targować.
Przysięga staje się plastrem cukru –
słodkim na języku,
rozpuszczonym w godzinę.
Nikt nie pamięta, że miała być wiecznością.
050

Maski

Zakładamy twarze, które nie są nasze.
Mierzymy cudze ubrania,
wpychamy się w buty,
co kaleczą stopy.
Udajemy, że pasują,
choć w środku dusza krzyczy.
A potem patrzymy na innych –
nie oczami, lecz ramkami,
szufladami, etykietami.
049

Fałszywy prorok

Nosząc szaty, do których nie ma prawa,
idzie jak król bez korony.
Mówi jak prorok,
choć jego głos dźwięczy próżnią.
Rozdziela winy – jak sędzia,
choć jego dłonie dawno już
upadły na ziemię przy złamanym słowie.
Pokazuje innym drzazgi,
a sam nie widzi belki,
048

Narodziny nienawiści

Widziałem, jak rodzi się nienawiść.
Nie w huku, nie w krzyku,
ale w cichym słowie: „On nie jest swój”.
W spojrzeniu, które omija,
w dłoni, która zamiast uścisku zaciska pięść.
Widziałem, jak rośnie –
w żarcie, co kłuje,
w komentarzu pełnym jadu,
w milczeniu, które udaje obojętność.
047

Ślepi

Zło nie krzyczy –
ono szepcze w reklamach,
mruga w ekranach,
podaje rękę w białych rękawiczkach.
Zło nie chodzi w ciemności –
ono świeci neonem,
ubiera się w modne slogany,
uśmiecha się z bilbordów.
Zło nie nosi rogów –
046

Człowiek pyszny

Chodzi twardym krokiem,
jakby ziemia należała do niego.
Patrzy z góry –
nie żeby widzieć,
ale żeby pomniejszać.
Jego słowa są ciężkie jak wyroki,
jego język ostry jak nóż.
Nie słucha – bo tylko on ma rację.
Nie pyta – bo pytać to przyznać,
045

Krzyż

Krzyż – znak zbawienia,
a my uczyniliśmy z niego ozdobę.
Nosimy go jak biżuterię,
jak talizman na szczęście,
jak logo własnej tożsamości.
Wypisany na czole,
przyklejony na szybie auta,
zawieszony w salonie –
wszędzie, tylko nie w sercu.
044

Wiara nie należy do mnie

Wiara nie jest moją własnością.
Nie mogę jej zamknąć w dłoni jak monety,
nie mogę wpisać w rubrykę dokumentu,
nie mogę wytatuować na skórze,
bo nie ze mnie się rodzi.
Wiara jest ogniem, który przychodzi z zewnątrz.
Dotyka, rozpala, pali – i czasem boli.
Nie pyta, czy chcę.
Nie kłania się moim planom.
043

Pokolenie do końca baterii

O pokolenie, które zna każdą plotkę, a nie zna Ewangelii.
Przewijasz obrazy szybciej, niż potrafisz się modlić.
Karmisz się hałasem, aż cisza staje się wrogiem.
Uciekasz od twarzy bliźniego w ekran, który odbija tylko ciebie.
Sprzedajesz prawdę za lajki.
Rozdajesz serca jak drobne, a duszę chowasz do kieszeni.
Bóg stoi w drzwiach twojego domu,
a ty pytasz, czy ma potwierdzenie rezerwacji.
Śmiejesz się z proroków, bo mówią o wieczności,
042

Sędziowie

Wysokie okno pałacu –
tam się zamykamy.
Za szybą bezpieczni,
za murem odgrodzeni,
spoglądamy w dół,
nie jak bracia, lecz jak sędziowie.
Wydajemy wyroki:
Ten niech milczy –
bo modli się inaczej.
041

Spotkanie

Spotykasz go -
i nagle drży w tobie coś znajomego.
Twarz inna, głos obcy,
a jednak - jak lustro.
Déjà vu.
Jakbyś widział własne życie,
tylko inaczej zapisane.
Jego ból przypomina twój ból.
Jego grzech - twój grzech.
040

Pokolenie ekranów

O ty, co znasz każdy skrót klawiatury,
a nie znasz imienia sąsiada.
Palce masz szybkie jak błysk,
serce - ciężkie jak kamień.
Karmisz się obrazami,
a głodujesz na prawdzie.
Uśmiechasz się emotikonem,
a milczysz, gdy brat mówi: „Potrzebuję cię”.
Światło ekranu oślepia cię,
039

Labirynt

Świat dziś płonie w ciszy – nie płomieniem jasnym, ale dymem duszącym, szarym.
Ulice dudnią krokami, a w sercach panuje głód, którego nie nasyci ani chleb, ani władza, ani rozkosz.
Człowiek, ten sam, który nosi w sobie odblask wieczności, błądzi w plątaninie neonów i ekranów.
Gubi drogę, aż sam staje się labiryntem, własnym więzieniem.
A przecież Bóg, ten od którego uciekamy, stoi na rogu każdej ulicy, w każdym szumie liści, w każdym oddechu.
On nie woła krzykiem, lecz szeptem, jakby bał się, że nasz świat zbyt łatwo ogłuszy Jego głos.
A jednak – czyż nie drży w nas czasem echo?
Jakby ktoś wbił gwóźdź w najgłębszą część duszy i ona nie daje spokoju, nawet kiedy udajemy, że nie słyszymy.
Pokolenie pogubione, pobite, pełne blizn.
038

Więcej

Miasto krzyczy.
Reklamy płoną.
Neon oślepia.
Ekrany tłuką oczy, serca, sumienia.
„Więcej! Więcej!” szepczą, wrzeszczą, śpiewają fałszem.
Człowiek biegnie.
Łapie.
Pożera.
I znów głód.
037

Uciekający

Człowiek - cień własny, płomień, co dymi, nie świeci.
Rozkrusza prawa, lecz pod pozorem prawa.
Kpi z Prawodawcy, w imię prawa woła.
Odwraca się, jak wiatr od skały, a skała milczy.
Uciekasz? Biegnij! Ziemia cię porywa.
Twoje kroki - jak burza, lecz burza cię zdradzi.
Mówisz: „Ja wolny!”, a twoje słowa kruszą się w ustach
jak szkło rozbite na piachu, bez blasku, bez treści.
Śmiech twój - suchy jak żużel.
036

Zaślepiony

Szczęścia szuka – szuka! – ślepy w światło biegnie,
oczy opasane, opatulone ciemnym płótnem.
Bandaż! – bandaż! – zawiązany na źrenicach,
a ręce rwą się ku złudom:
gwiazda z papieru, perła z plastiku, złoto, co rdzewieje.
„Mam! mam!” – krzyczy, lecz garść ma pustą.
„Widzę!” – woła, a mrok go pożera.
Kroki jak młoty – dudnią,
dudnią o dno pustki.
035

Pielgrzym

Idzie, idzie – twardo, pewnie, pyszniąc się.
Na ustach gniew, w oczach żar – nie miłości, lecz pogardy.
Patrzy: skóra inna – i pluje.
Słyszy: głos obcy – i drwi.
Widzi: modlitwa inna – i szydzi.
„Ja lepszy! Ja wybrany!” – krzyczy,
a serce ma jak kamień zimny, ciężki.
Krok za krokiem – kroczy jak pielgrzym,
ale dokąd? – sam nie wie.
034

Samotność w tłumie

Ulice – pełne kroków, pełne głosów, pełne twarzy.
A on – sam, sam, samotny w środku.
Słowa mijają go jak wiatr po ścianach.
Śmiechy – puste, dźwięczne, obce.
„Bracie!” – nikt nie mówi.
„Siostro!” – nikt nie słyszy.
W tłumie gęstym jak las
serce jego jak drzewo ścięte – milczy, puste, powalone.
A jednak – w ciszy, w głębi –
033

Krzyż i blask

Uciekasz przed krzyżem – jak cień przed słońcem.
Unikasz ciężaru – a ciężar wraca.
Mówisz: „Wolny!” – a łańcuch brzęczy.
Chcesz życia bez bólu – a życie gaśnie.
Wybierasz blask bez ognia,
koronę ze szkła, gwiazdę z cyny.
Na ustach słodycz, w środku popiół.
Zysk bez ceny – w dłoniach pustka.
A krzyż woła: „Przyjdź!”.
032

Syn Marnotrawny

Odszedłeś – daleko, daleko!
Zabrałeś dźwięk monet, śpiew złudzeń,
wziąłeś swoje – i myślałeś, że to wszystko.
Miasto krzyczało: „Baw się!” –
a serce już milczało.
Chleb się roztrwonił, wino wyciekło,
przyjaciele – dym na wietrze.
Pozostał głód – głód w żołądku, głód w duszy.
Żołędzie świń – twoja uczta.
031

Siewca

Siewca wyszedł – ręką szeroką, szczodrą,
rzucał ziarna jak gwiazdy w noc.
Jedno spadło na drogę –
ptaki szybkie, czarne, wydziobały głód.
Drugie padło na skałę –
wzeszło w słońcu, lecz korzeń – płytki,
ogień spalił, nic nie zostało.
Trzecie wpadło w ciernie –
ciernie urosły, oplotły, zdławiły.
030

Miłosierny Samarytanin

Droga w dół - Jerozolima do Jerycha,
kurz, kamienie, cisza przerwana krzykiem.
Człowiek pobity - krew na twarzy,
pół żywy, pół martwy, rzucony w rowie.
Przechodzi kapłan - patrzy, omija.
Przechodzi lewita - widzi, odwraca.
Oczy chłodne, serce zamknięte,
krok szybki, a brat pozostaje w pyle.
I nagle - ten obcy, ten pogardzany,
029

Małżeństwo w walce

Słowo przeciw słowu - ogień przeciw ogniu.
Dom drży, ściany słuchają.
Każdy krzyk - jak nóż w serce.
Każda odpowiedź - jak kamień w okno.
Jedno mówi: "Wygrałem!" -
ale twarz drugiego jest raną.
Drugie milczy: "Ustąpiłam" -
lecz w oczach pustka, zimna noc.
Kto wygrywa w walce serc?
028

Krzyk tłumu

Tłum - tłum! ryk i wrzask, fala gniewu.
Ręce podniesione, pięści jak kamienie.
Głosy - huczą, huczą jak burza na pustyni,
a serca - puste, puste jak studnia bez wody.
"Moja racja! - moja racja!" -
krzyczy jeden, krzyczy drugi,
wszyscy razem, każdy przeciw.
I nagle człowiek nie jest już człowiekiem -
jest tylko głosem, cieniem, krzykiem.
027

Dom

Nie bogactwo - dom.
Nie sława - stół rodzinny.
Tam rośnie serce, tam kiełkuje życie.
Ojciec - ręce spracowane, mocne, wymagające,
a w spojrzeniu światło, co prowadzi.
Matka - serce ciche, cierpliwe,
a w dłoniach ciepło, co koi i uczy.
Tu dziecko uczy się kochać -
nie słowem, lecz czynem.
026

Trzydzieści srebrników

Czy to jeszcze pokarm - czy już cień pokarmu?
Chleb nadęty jak bańka, pusto w środku.
Owoc błyszczy, lecz nie dojrzewa -
jego smak to farba, jego zapach to chemia.
Mięso - ciało bez życia, martwe, zanim urodzone.
Na stole barwy, w sercu głód.
Fabryki ryczą - bestie ze stali,
wydychają dym, połykają ziarno,
wydają plastik w kształcie chleba.
025

Nie jesteś sam

Nie jesteś wyspą - choć tak ci się zdaje.
Nie jesteś samotnym oceanem - choć pragniesz ciszy.
Człowiek obok - ciężar? cień? wróg?
A przecież to on trzyma twoje życie jak lina w dłoni.
Nienawidzisz - a właśnie tego potrzebujesz.
Gardzisz - a w gardzonym jest twoje zbawienie.
Odrzucasz - a odrzucony staje się bratem.
Ile razy przechodziłeś obojętnie?
Ile razy patrzyłeś - a nie widziałeś?
024

Powołanie słabego

Człowieku mały - sam przed sobą pękasz.
Widzisz w sercu brak, usta pełne zwątpienia.
„Nie jestem godzien, nie potrafię, nie zdołam” -
a echo powtarza w tobie: „nie zdołam, nie zdołam”.
A On przychodzi - Chrystus Pan.
Patrzy nie na twoją siłę, ale na ranę.
Nie na twój dorobek, ale na pustkę,
którą tylko On napełnić potrafi.
A ludzie? - ludzie patrzą inaczej.
023

Tron i ołtarz

Tron błyszczy – złoto, miecz, potęga.
Ołtarz płonie – ofiara, cisza, łaska.
Dwa ognie – inne źródła, inne płomienie.
Blisko są – lecz nie wolno ich zlać.
Gdy tron podnosi się nad ołtarz,
modlitwa staje się rozkazem,
a imię Boga – pieczęcią władcy.
I wiara kruszy się w rękach tyranów.
Gdy ołtarz pragnie być tronem,
022

Podział i jedność

Kościół - jeden, a jednak rozdarty.
Bracia przy jednym stole - a stoły porąbane.
Jedno Ciało - a rany głębokie.
Jedna Oblubienica - a szaty podarte.
Każdy mówi: "Ja mam rację".
Każdy woła: "Tu jest prawda".
A Chrystus - ukrzyżowany - patrzy.
Jego szata bez szwu - rozrywana przez ludzkie dłonie.
Podział rodzi pychę.
021

Wdowi grosz

Świątynia - pełna gwaru.
Bogaci wrzucają - z nadmiaru, co im zbywa.
Ręce szerokie, serca zamknięte.
Dar głośny, lecz pusty.
A Ona - cicha, niemal niewidoczna.
Wdowa - bez imienia, bez znaczenia.
Dwa grosze - wszystko, co ma.
Całość życia - w dwóch iskrach miedzi.
Świat nie widzi - Chrystus widzi.
020

Nowa Wieża Babel

Znów budują ludzie –
nie z cegły, lecz z krzemu,
nie z gliny, lecz z algorytmu.
Wieża wyrasta – nie ku Bogu,
lecz ponad Boga.
Mówią: „Jednym językiem mówimy,
jednym systemem rządzimy,
jednym sercem bijemy –
a to serce jest z metalu”.
019

Nadzieja, której nie ma

Mówią ci: „Uwierz w siebie”.
A ty – sam, jak pustynny kamień.
Mówią: „Zbuduj jutro”.
A dziś już ci się wali w dłoniach.
Świat sypie obietnice –
cukierkiem błyszczące, kwaśne jak ocet na języku.
„Będzie lepiej! Będzie łatwiej!” –
a w sercu dalej ciemność, dalej noc.
Nadzieja bez Boga –
018

Szukanie na oślep

„Sam wystarczę!” – woła człowiek.
Idzie w mrok, kijem uderza w powietrze,
ściany nie widzi, światła nie zna.
Mówią mu: „Kościół zbędny, wspólnota zbędna,
ja i Bóg – reszta niepotrzebna”.
A on – ślepiec w pustym domu,
przekonany, że mieszka w pałacu.
„My mamy prawdę, oni błądzą.
My czyści, oni brudni.
017

Pytania bez odpowiedzi

Dlaczego cierpienie nie milknie?
Dlaczego modlitwa tonie w ciszy?
Dlaczego niewinny płacze,
a winny śmieje się w twarz?
Ile razy można wołać:
„Panie, czemu śpisz?”
Ile razy serce ma krwawić,
nie widząc śladu Twej dłoni?
Pytania – jak deszcz,
016

Człowiek cierpiący

Widziałem go -
nie w gazetach, nie na ekranach,
ale na przystanku,
z pochyloną głową,
z ręką drżącą jak liść.
Nikt nie patrzył.
Świat spieszył się obok,
samochody ryczały,
telefony świeciły,
014

Człowiek w królewskich butach

Widziałem go - szedł ulicą,
w butach jak dla króla: złote sprzączki, purpurowa skóra,
światła neonów tańczyły na czubkach,
a każdy krok dudnił jak werbel zwycięstwa.
Ludzie ustępowali mu drogi,
jedni z zazdrością, drudzy z lękiem,
a on - wyprostowany, z twarzą kamienną,
jakby sam cesarz zstąpił na bruk.
Ale spojrzałem niżej -
014

Ostatni krzyk ziemi

Słyszałem krzyk -
nie ptaka, nie burzy,
ale ziemi,
co pęka jak serce rozrywane gwoździem.
Krzyczały rzeki -
wyschnięte, zatrute.
Krzyczały pola -
ziarno w proch zmielone.
Krzyczały ulice -
013

Ekumenizm

Najpierw - szept, uprzejmy szum.
Dłonie w kadrze, światło flesza.
Uśmiech jak lak - pieczętuje chwilę.
Papier szeleszczy. Milkną słowa.
A ściana - czuć ją nosem.
Tynk grzeczności, pod nim pęknięcie.
Cegła z dumy, fuga ze strachu.
Żar przykryty popiołem uprzejmości.
Kto tu zapali ogień?
012

Uczniowie

Usta pełne krzyża,
a serce - cięższe niż kamień.
Słowa płoną jak pochodnie,
czyny gasną jak popiół.
Idziemy procesją,
z pieśnią na ustach,
z pogardą w oczach
dla tych, co idą obok.
Obojętni na biedę,
011

Zwierciadło

Patrzę -
i nie widzę siebie.
Oczy chore, zasłonięte dumą,
krzywe zwierciadło w sercu.
Własna rana - ukryta.
Własny grzech - usprawiedliwiony.
Własne kłamstwo - nazwane ostrożnością.
Własny strach - roztropnością.
Ale pył na ubraniu brata
010

Nieprzyjaciele

Szukamy wrogów,
jakby bez nich świat był pusty.
Tworzymy ich z cienia,
z różnicy słowa,
z koloru skóry,
z innego spojrzenia.
Karmimy się gniewem,
żywimy szemraniem.
Z niezadowolenia robimy chleb,
009

Szukający

Idzie - krok za krokiem,
poobijany kamieniami dróg.
Na ramionach - kurz porażek,
w oczach - zmęczone pytanie.
Nie śpiewa, nie woła,
tylko słucha ciszy,
która boli bardziej niż krzyk.
Szuka -
a nie wie, czego szuka.
008

Smutny

Idzie pochylony,
jakby ziemia była cięższa od nieba.
Twarz bez uśmiechu,
oczy jak studnie – głębokie i puste.
Każdy dzień ten sam,
każda noc dłuższa od poprzedniej.
Słowa tracą barwę,
modlitwy – głos.
Serce bije,
007

Szukanie Boga

Woła - a cisza odpowiada.
Idzie - a droga się rozdwaja.
Pyta - a kamienie milczą.
Serce bije jak młot,
a jednak ściana nie pęka.
Szukający -
w świątyniach pustych,
w słowach zimnych,
w ludziach, co mówią wiele,
006

Kamienie

Wołanie rosło jak fala,
niosło się ulicą,
pękało w powietrzu jak piorun.
Tłum krzyczał: „Hosanna!”,
a faryzeusze syczeli spod warg:
„Ucisz ich.
Za głośno.
Za niebezpiecznie.
To burzy nasz spokój.”
005

Przyjaźń

Przyjacielu - iskro w ciemności,
rozjarzona jak liść drżący w słońcu,
jak ptak, co cieniem skrzydeł
osłania nagą ziemię serca.
Przyjaźń - to most utkany z głosów,
z echa w dolinie, z szeptu strumienia,
z ogniwa, które pęka dopiero
gdy zdrada jak grad uderzy.
Lecz jeśli jest prawdziwa -
004

Kamień Młyński

Dziecko - kruche, ufne, nagie w świecie.
Dziecko - serce bijące szybciej niż nasze.
Dziecko - pierwszy obraz Boga.
A my?
Zamiast ramion - mur.
Zamiast obrony - cisza.
Zamiast światła - cień.
„Lepiej, by kamień młyński zawieszono...” (Mt 18,6)
To nie metafora.
003

Nie bądź obojętny

Nie bądź obojętny.
Bo obojętność zabija szybciej niż nóż,
ciszej niż trucizna,
pewniej niż kłamstwo.
Nie odwracaj oczu od dziecka,
które płacze w ciemności.
Nie mijaj starca,
który czeka na słowo, a słyszy ciszę.
Nie przechodź obok chorego,
002

Krzyk Oblubienicy

Słyszałem płacz Kościoła, jęk wzdłuż korytarzy wieków,
jak echo betlejemskich matek, jak lament Syjonu.
Jego szata, ta sama bez szwu tkana,
teraz rozdarta rękami braci.
Nad rzeką Babilonu siedzimy, śpiewając pieśni,
lecz każda w inną stronę, w innym języku,
jakby Duch, co zstąpił w płomieniach,
rozszedł się w popiół zamiast w ogień.
Gdzież jest Miłość, pytam.
001

Wystarczy być

Nie zawsze trzeba mówić.
Nie zawsze trzeba mieć radę.
Nie zawsze trzeba dźwigać świat.
Czasem wystarczy być.
Usiąść obok - w milczeniu.
Podać kubek wody.
Wysłuchać bez przerywania.
Znieść ciszę, która boli,
i nie uciec.