Cykl ośmiu listów
Listy do współczesnego człowieka
Zamknięty cykl ośmiu osobistych tekstów o wierze, bólu, nadziei, samotności i szukaniu Boga pośród doświadczeń współczesnego życia.
Wprowadzenie do cyklu
Są słowa, których nie pisze się dla tłumu, lecz dla człowieka. Ten cykl powstał z myślą o tych, którzy noszą w sobie pytania, rozczarowania, zmęczenie, tęsknotę za sensem i ciche pragnienie nadziei. Każdy list jest osobnym spotkaniem z doświadczeniem, którego nie wolno zbyć prostą odpowiedzią.
List pierwszy
Do człowieka rozczarowanego Kościołem
Pierwszy list otwiera cały cykl. Nie jest polemiką ani obroną instytucji. Jest próbą spotkania z człowiekiem, który został zraniony w miejscu, w którym szukał światła.
List pierwszy
Do człowieka rozczarowanego Kościołem
Nie każde rozczarowanie jest końcem wiary. Czasem jest początkiem oczyszczenia drogi do Boga.
✠ Robert NCC
Otwieranie listu
List pierwszy
Do człowieka rozczarowanego Kościołem
Z cyklu „Listy do współczesnego człowieka”
Niektórzy odchodzą z Kościoła gwałtownie.
W gniewie. W rozczarowaniu. Z poczuciem krzywdy.
Inni odchodzą po cichu. Bez słów. Bez pożegnania. Bez wyjaśnień.
Pewnego dnia po prostu przestają przychodzić. Przestają się modlić. Przestają wierzyć, że cokolwiek może się jeszcze zmienić.
Nie dlatego, że przestali szukać Boga. Czasami właśnie dlatego, że szukali Go bardzo długo.
Człowiek nie rozczarowuje się tym, co jest mu obojętne. Rozczarowujemy się tylko tym, co było dla nas ważne.
Tylko dlatego boli utrata zaufania. Tylko dlatego boli zdrada. Tylko dlatego boli Kościół.
Nie wiem, jaka jest Twoja historia. Nie wiem, jakie doświadczenia nosisz w sobie. Nie wiem, czy Twoje rozczarowanie przyszło nagle, czy rodziło się przez lata.
Wiem jednak, że istnieją rany, których nie widać. Nie zostawiają śladów na ciele. Nie wymagają opatrunków. Potrafią jednak boleć przez całe lata.
Jedną z nich bywa rozczarowanie Kościołem.
Być może przyszedłeś kiedyś do wspólnoty wierzących z nadzieją. Może szukałeś odpowiedzi. Może potrzebowałeś pomocy. Może chciałeś zostać wysłuchany. Może szukałeś miejsca, w którym ktoś pomoże Ci nieść ciężar życia.
A może po prostu szukałeś Boga. Nie wielkich słów. Nie religijnych sporów. Nie ludzkich ambicji. Po prostu Boga.
I właśnie dlatego to doświadczenie potrafi boleć tak bardzo.
Bo człowiek jest w stanie pogodzić się z wieloma rzeczami. Potrafi zrozumieć własne błędy. Potrafi przebaczyć słabość. Potrafi zaakceptować niedoskonałość.
Najtrudniej jednak pogodzić się z tym, że zranienie przyszło z miejsca, w którym człowiek spodziewał się światła.
Niektórzy mówią wtedy: rozczarowałem się ludźmi. Inni mówią: rozczarowałem się Kościołem.
A czasami głęboko w sercu pojawia się jeszcze trudniejsze pytanie. Pytanie, którego wielu nie wypowiada nawet przed samym sobą.
Jeżeli Bóg naprawdę jest obecny, dlaczego pozwolił, aby spotkało mnie to właśnie tutaj?
To pytanie nie jest oznaką niewiary. Bardzo często rodzi się właśnie z wiary. Z wiary zranionej. Z wiary zagubionej. Z wiary, która nie rozumie.
Dlatego nie chcę zaczynać od tłumaczenia. Nie chcę mówić, że powinieneś szybciej przebaczyć, zapomnieć, wrócić albo zrozumieć.
Być może właśnie takich słów słyszałeś już za dużo. Być może zbyt często ktoś prosił Cię o cierpliwość, a zbyt rzadko pytał, co naprawdę stało się w Twoim sercu.
Nie wszystko da się obronić. Nie wszystko wolno usprawiedliwiać. Są rany zadane przez ludzi Kościoła. Są słowa, które nigdy nie powinny zostać wypowiedziane. Są decyzje, których skutki człowiek nosi potem latami.
Są zaniedbania, pycha, zamknięte drzwi, brak wrażliwości i takie milczenie, które nie jest roztropnością, lecz ucieczką od odpowiedzialności.
Prawda nie boi się prawdy. I dlatego pierwszym krokiem nie jest obrona. Pierwszym krokiem jest uznanie bólu.
Pozwól jednak, że powiem coś osobistego. Piszę ten list jako biskup, ale zanim jestem biskupem, jestem człowiekiem. I być może właśnie dlatego rozumiem więcej, niż mogłoby się wydawać.
Ja również widzę rzeczy, które bolą. Ja również słyszę historie ludzi, którzy odchodzili rozczarowani, zmęczeni, czasami zdruzgotani tym, czego doświadczyli.
Widzę ich łzy. Słyszę ich pytania. Czytam wiadomości pełne bólu, którego nie da się zagłuszyć kilkoma pobożnymi zdaniami.
Są chwile, kiedy sam patrzę na życie Kościoła ze smutkiem. Nie dlatego, że przestałem go kochać. Właśnie dlatego, że go kocham. Bo najbardziej boli nas nie to, co jest nam obojętne. Najbardziej boli nas to, co jest nam bliskie.
Nie piszę więc z wysokości urzędu. Nie piszę jako ktoś wolny od pytań, rozterek i wewnętrznych zmagań.
Piszę jako człowiek, który także doświadcza smutku, kiedy widzi, jak łatwo można zgubić Ewangelię pośród ambicji, sporów, uprzedzeń i ludzkich słabości.
Być może właśnie tutaj możemy się spotkać. Nie po przeciwnych stronach. Nie jako oskarżyciel i obrońca. Nie jako rozczarowany człowiek i przedstawiciel Kościoła.
Ale jako ludzie patrzący na tę samą ranę i próbujący odnaleźć w niej obecność Boga.
Bo Kościół nigdy nie był wspólnotą ludzi doskonałych. Od początku był miejscem ludzi słabych. Piotr zaparł się Chrystusa. Tomasz zwątpił. Uczniowie uciekli. Judasz zdradził.
Ewangelia nie ukrywa tej prawdy. Nie wybiela jej. Nie przykrywa ozdobnym językiem.
To nie jest usprawiedliwienie zła. To jest przypomnienie, że Bóg od początku przychodził do ludzi, którzy potrafili upaść. Czasami bardzo nisko.
Ale jest też druga prawda. Człowiek może zawieść, nawet wtedy, gdy mówi o Bogu. Człowiek może zranić, nawet wtedy, gdy powinien błogosławić.
Człowiek może pomylić własną władzę ze służbą, własny głos z Ewangelią, własną wygodę z roztropnością.
I wtedy trzeba mieć odwagę powiedzieć: to nie jest Chrystus.
Chrystus nie jest pychą człowieka. Nie jest obojętnością. Nie jest przemocą. Nie jest zimnym słowem rzuconym komuś, kto już ledwo stoi. Nie jest zamkniętymi drzwiami przed tym, kto przyszedł ostatkiem sił.
Chrystus jest Tym, który zatrzymywał się przy zranionych. Tym, który widział człowieka, zanim wypowiedział wobec niego wymaganie. Tym, który nie łamał trzciny nadłamanej i nie gasił knotka o nikłym płomyku.
W Ewangelii jest scena, do której warto wracać w chwilach rozczarowania. Uczniowie idą do Emaus. Odchodzą z Jerozolimy. Niosą w sobie zawód, smutek i poczucie utraconej nadziei. Mówią: a myśmy się spodziewali.
To jedno zdanie jest bardzo ludzkie. A myśmy się spodziewali. A myśmy wierzyli, że będzie inaczej. A myśmy ufali. A myśmy czekali na światło.
Chrystus nie zatrzymuje ich siłą. Nie zawraca ich krzykiem. Nie upokarza ich za to, że odchodzą. Idzie obok nich. Słucha. Pozwala im wypowiedzieć rozczarowanie. Dopiero potem zaczyna otwierać im oczy.
Może właśnie to jest jedna z najważniejszych prawd dla człowieka zranionego przez Kościół.
Chrystus nie zawsze zaczyna od wezwania do powrotu. Czasem najpierw idzie obok człowieka, który odchodzi.
Dlatego Twoje doświadczenie nie musi odpychać Cię od Boga. Może stać się bolesnym miejscem, w którym nauczysz się odróżniać Boga od ludzkich błędów, Ewangelię od ludzkiej pychy, Chrystusa od tych, którzy czasami Go przesłaniają.
Nie mówię, że to jest łatwe. Nie mówię, że stanie się od razu. Nie mówię, że rana przestanie boleć, bo przeczytasz kilka zdań.
Mówię tylko, że rozczarowanie nie musi być ostatnim słowem.
Może potrzebujesz czasu. Może potrzebujesz milczenia. Może potrzebujesz bezpiecznej odległości. Może Twoja droga nie będzie ani prostym powrotem, ani ostatecznym odejściem.
Może na razie będzie tylko uczciwym pozostaniem przy pytaniu. Może będzie małą modlitwą wypowiedzianą bez pewności: Boże, jeśli jesteś, nie pozwól mi zgasnąć.
To wystarczy na początek.
Bóg nie odwraca wzroku od człowieka, który został zraniony. Nie odrzuca tego, kto pyta. Nie boi się Twojego gniewu, smutku ani łez. Nie potrzebuje Twoich pięknych słów, jeśli dziś masz w sobie tylko ciszę.
Jeśli nie potrafisz jeszcze wejść do kościoła, usiądź gdzieś w ciszy. Jeśli nie potrafisz się modlić, pozwól, aby Twoje milczenie stało się modlitwą. Jeśli nie potrafisz ufać ludziom, nie udawaj, że ufasz.
Bóg zna prawdę Twojego serca.
I być może właśnie tam, gdzie kończą się wszystkie łatwe odpowiedzi, zaczyna się modlitwa najprawdziwsza.
Nie wiem, jaka droga jest przed Tobą. Nie wiem, ile czasu potrzebujesz. Nie wiem, czy będzie to droga powrotu, droga pozostania, czy droga bardzo powolnego odnajdywania Boga na nowo.
Wiem jednak jedno: Twoje rozczarowanie nie musi być końcem wiary.
Czasami jest bolesnym początkiem oczyszczenia tego, co w człowieku było zbudowane bardziej na ludziach niż na Bogu.
A jeśli choć mała część Ciebie nadal szuka światła, to znaczy, że nie wszystko zostało stracone.
Dopóki boli Cię utrata dobra, dobro wciąż jest w Tobie żywe.
Dopóki pytasz, nie umarła nadzieja.
Dopóki tęsknisz za prawdą, Bóg wciąż może prowadzić Cię drogą, której dziś jeszcze nie widzisz.
W przygotowaniu
Ten list zostanie dopisany w kolejnym etapie
Ten list zostanie dopisany w kolejnym etapie.